Kokkteilsósa, czyli islandzkie dobro narodowe

Od kiedy pamiętam, zawsze kojarzyłam coś takiego jak sos do sałatki z krewetkami, który nazywa się sos koktajlowy do krewetek, czy jakoś tak. A może całe danie – koktajl z krewetek? Ale byłam jeszcze za gówniana, żeby krewetki mi smakowały. I w sumie nie smakują za bardzo do dzisiaj.

Moje życie nabrało (pełnego konserwantów) smaku, kiedy dane mi było wycisnąć na frytki pewną maź z różowej tubki, której kolor podchodził też pod różowy. Na etykiecie widniała miska z frytkami, więc na pewno się nie pomyliłam i takie musi być przeznaczenie tej mazi. Pierwsza myśl (nierzadko się zresztą pojawiająca, jak próbuję czegoś nowego): kurde dobre. Co to jest? Odpowiedź brzmiała: kokkteilsósa. A z czego ten sosik? A majonez, keczup, śmietana. Moje serce stanęło. Jeszcze wtedy bardzo dbałam o to co jem, a raczej jak bardzo nie jem, także na słowo majonez i śmietana łapałam oddech. Drugie zaburzenie rytmu serca miało miejsce, kiedy próbowałam zeskanować skład tejże mazi. I nie wiem, co mnie bardziej denerwowało. To, że takie małe literki, czy to, że ta lektura taka długa…

fullsizeoutput_76

Kanapki posmarowane sosami zamiast masła zdarzają się tutaj dość często. Najpopularniejsze to pítusósa, czyli sos śmietanowo-majonezowy, kokkteilsósa i sinnepssósa (sos śmietanowo-musztardowy). Na sklepowych półkach można również znaleźć sos do hamburgerów – zapewne na bazie majonezu (hamborgarasósa), czy duński sos remulada (sos majonezowy z odrobiną curry, na bazie kapusty i ogórków kiszonych). Ten ostatni jest nieodłącznym składnikiem islandzkiego hot-doga. Muszę przyznać, że dość trudno jest mi zrozumieć miłość Islandczyków do sosów, i to takich… z konserwantami. Z drugiej strony jednak, zdaję sobie sprawę, że lata powojenne, a wraz z nimi napływ amerykańskich prądów kulturowych, szczególnie tych związanych z fa(s)t-foodem, przyniosły ożywienie i niesamowicie szybkie tempo rozwoju pod różnymi względami. Obok wędzonych i solonych mięs i ryb, swoją popularność zaczęły zdobywać hamburgery, hot-dogi i pizza. Tak, mamy jeszcze pizzusósa. Gotowy do wyciśnięcia na ciasto, odpowiednio doprawiony, sos pomidorowy. Nadchodzi nowa era w kulinarnej historii Islandii.

Kokkteilsósa, niestety, nie jest pomysłem islandzkim, choć mieszkańcy bardzo by sobie tego życzyli. Zaszczytny tytuł wynalazcy sosu chciał zagarnąć Magnús Björnsson. W swojej restauracji w Keflavíku serwował sos tysiąca wysp, który stał się bazą do dalszych eksperymentów poczynionych przez Valgerður, żonę kucharza. To jej wersja ma być tym, czym dzisiaj jest kokkteilsósa. Prawda jest jednak taka, że na świecie już wcześniej istniały bardzo podobne sosy na bazie majonezu i keczupu. Dla przykładu brytyjski sos Marie Rose stworzony przez Fanny Cradock na przełomie w latach 60. składa się z pomidorów, majonezu, sosu Worcestershire, soku z cytryny i pieprzu. Jego prostsza wersja to tylko keczup i majonez.

Jeśli jakiś Islandczyk będzie Wam próbował coś wmówić… nie dajcie się nabrać. Kokkteilsósa jest tutaj wszechobecna. Kultowa. Szczególnie na północy. Jeszcze 20 lat temu zamawiając hamburgera, sosu nie można było dostać w Reykjaviku. Ale to wcale nie oznacza, że tutaj powstała. Co do różnych wariacji sosu, w islandzkich przepisach możecie znaleźć również gęstą śmietanę, sok ananasowy z puszki, tabasco, chilli, czy sok z cytryny.

Mam dla Was przepis na domowy sos koktajlowy. Nie jest on może z tych dietetycznych, ale przynajmniej zrobiony od podstaw. To zawsze zdrowsze i bardziej satysfakcjonujące wyjście.

Składniki (1 duży słoik):

fullsizeoutput_74

1 opakowanie gęstej śmietany ( ja użyłam 10%)

ok. 200 g majonezu (ja użyłam light, bo ten akurat wpadł mi w oko w sklepie. Generalnie zasada jest taka, że dodajecie tyle samo majonezu, ile śmietany. Moje opakowanie śmietany miało 180 g, dodałam odrobinę więcej majonezu, dla smaku)

3 łyżki keczupu

 

1 łyżka sosu Worcestershire

1 łyżeczka musztardy miodowej

Przyprawy: papryka, chili, sól

Wykonanie:

Nic prostszego – wystarczy tylko dobrze wymieszać wszystkie składniki w misce, ja robię to rózgą kuchenną. Spróbujcie sosu i dodajcie więcej przypraw, jeśli uznacie, że jest taka potrzeba. Włóżcie sos do lodówki, nawet na kilka godzin przed podaniem, żeby się trochę „przegryzł”, nawet na całą noc. Upieczcie smutne, gotowe i karbowane fryteczki, nie żałujcie na nie soli morskiej, włączcie nudną komedię na Netflixie i zajadajcie! Smacznego!

O historii kokkteilsósa na Islandii przeczytacie tutaj, niestety, po islandzku… Właśnie z tego artykułu zaczerpnęłam informacji tworząc ten wpis.

Döðlugott – daktylowy smakołyk

Dni stają się już coraz krótsze. Dzień budzi się coraz później, każdy poranny bieg zaczyna się i kończy w ciemności. Szczyty Hlíðarfjall i Súlur niemal całkowicie pokryły się świeżym śniegiem. Póki co, natura oszczędza Akureyri i oprócz cienkiej pokrywy kryształowego lodu na chodnikach, zima pozostaje tam, w górach. Następny tydzień zapowiada się ciekawie. Wiatr, śnieg, mróz… To już. Nadchodzi najmroczniejsza i najpiękniejsza pora roku. A ja powracam ze wspomnień o urlopie do bezlitosnej rzeczywistości i znów zajadam się goframi i skyrem.

Pora roku, podczas której spożycie czekolady szybuje niebotycznie w górę. To idealny czas na gorącą czekoladę z puszystą bitą śmietaną, czekoladki ukryte w pierwszych, świątecznych opakowaniach pojawiających się w sklepach, czy świeżo upieczone ciasteczka z kawałkami czekolady. Jedyne, czego pragniemy w tym pogodowym, jesienno-zimowym transferze to kanapa i koc, najlepiej z herbatą i małą przekąską.

Döðlur oznacza po islandzku daktyle. gott – smakołyk, łakocie. Daktylowy smakołyk – czyli ratownik ciężkich chwil, pocieszacz w smutnych momentach, przysłowiowe „coś do kawy”. Daktyle – samo zdrowie! Tak pewnie pomyślicie. Otóż, jak ze wszystkim, odpowiedź brzmi: to zależy. Tradycyjny przepis, oprócz zdrowego cukru z daktyli zawiera również masło, dodatkowy cukier i Rice Krispies, czyli chyba najbardziej znane płatki śniadaniowe marki Kellogg’s. Popularna jest również wersja z kawałkami lukrecji. Döðlugott nierzadko można spotkać w piekarniach, czy kawiarniach. Magia tego  rarytasu tkwi w jego idealnym balansie cech sobie przeciwstawnych: miękkości daktyli, chrupkości Rice Krispies i dodatkowych łączników smaku w postaci masła i cukru. Tutaj właśnie jest miejsce na wyświechtany slogan: po prostu rozpływa się w ustach…

Skłamałabym twierdząc, że zajadam się tradycyjnym döðlugott. Jakkolwiek uwielbiam daktyle, tak masło, czy tona dodatkowego cukru nie brzmi dla mnie zbyt zachęcająco. Lukrecja już w ogóle… Aż do momentu, w którym natknęłam się na pewien przepis w islandzkim magazynie kulinarnym Gestgjafinn (isl. gospodarz), który swego czasu prenumerowałam, głównie dla pięknych zdjęć… Był to przepis na wegańską krajankę z daktyli i preparowanej komosy ryżowej. Następnego dnia miałam już wszystkie składniki, a dwa dni później, co chwilę wyciągałam coraz więcej kawałków z zamrażarki. Zwyczajnie nie mogłam się im oprzeć. Po metodzie prób i błędów, dodając coś od siebie, stworzyłam przepis idealny. Nie wymaga pieczenia, jedynie dobrego blendera. Idealna przekąska na kaffihlé (czyli przerwę na kawę). W każdej chwili możecie wyjąć kawałek z zamrażarki i wziąć ze sobą do pracy w pudełku. Jeśli chcecie zjeść od razu, radzę odczekać 5-10 minut, żeby uniknąć niezaplanowanej wizyty u dentysty.

fullsizeoutput_49

Döðlugott  – przepis na formę żaroodporną z Ikei, 21x21cm

Składniki:

400g daktyli

100g uprażonych wcześniej orzechów (mi najlepiej smakują laskowe, włoskie i migdały)

100ml roztopionego oleju kokosowego

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

4 łyżki kakao (ja używam surowego, jest bardzo delikatne w smaku!)

50g ekspandowanej komosy ryżowej lub ekspandowanego ziarna prosa, czyli potocznie jagły (tańsze i łatwiej dostępne, ja swoje przywiozłam z Lidla)

20g surowych ziaren kakaowca (nie są one konieczne, ale naprawdę warto!)

Opcjonalnie: suszone owoce (np. żurawina)

Polewa: 100g gorzkiej czekolady (70% to dobry kompromis)

Wykonanie:

Daktyle zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na co najmniej 10 minut. Orzechy siekamy w blenderze. Odcedzamy daktyle i dodajemy do orzechów. Blendujemy. Olej kokosowy roztapiamy, dodajemy do niego kakao i ekstrakt waniliowy, dobrze mieszamy. Przelewamy do blendera i łączymy wszystko razem. Wyciągamy masę i wkładamy do większej miski. Masa powinna być lepka. Dorzucamy ekspandowane ziarna, ziarna kakaowca i dodatki opcjonalne i dokładnie mieszamy wszystko razem, najlepiej rękoma lub drewnianą łyżką. Spód formy warto wyłożyć folią spożywczą, żeby łatwiej było Wam wyjąć gotowe ciasto z formy. Wykładamy masę i rozprowadzamy ją na dnie, warto zrobić to rękoma, wtedy masa będzie równomiernie rozłożona. Wkładamy do lodówki. Kiedy ciasto twardnieje, przygotowujemy polewę. Czekoladę rozpuszczamy (w kąpieli wodnej lub mikrofalówce z odrobiną napoju roślinnego lub mleczka kokosowego), studzimy kilkanaście minut. Smarujemy na wierzchu naszej masy i wkładamy znów do lodówki na co najmniej godzinę. Kroimy na mniejsze lub większe kawałki – według upodobań. Można je trzymać kilka dni w lodówce oraz zamrozić. Szczególnie polecam tę ostatnią opcję!  Verði ykkur að góðu!

 

 

 

 

Londyn

Zrobienie takiego zdjęcia:

fullsizeoutput_38

było moim marzeniem odkąd zaczęłam uczyć się angielskiego w szkole podstawowej. I zawsze było mi nie po drodze, mimo że Londyn jest chyba najłatwiej dostępnym i najtańszym kierunkiem lotniczym na świecie. Odkąd mieszkam na Islandii stał się również punktem przesiadkowym, z którego mam nadzieję skorzystać jeszcze nie raz. Bilety z Keflavíku potrafią być śmiesznie tanie. Dojechać tam jednak z dalekiej Północy – to już odrębna historia…

Tym razem na szczęście, po śniadaniu hotelowym w Bergamo, na późnym obiedzie byliśmy już w Honest Burgers w dzielnicy King’s Cross, czyli brytyjskiej burgerowni. Niech ta nazwa Was nie zmyli. Zdecydowaliśmy się tam wejść tylko dlatego, że moje oczy zaświeciły się na widok wegańskiej opcji. I to nie byle jakiej, bowiem był to Beyond Burger. Jest to roślinny burger, który jest najbliższy mięsnej wersji pod względem gotowania, wyglądu, czy konsystencji, który ma zaspokoić najbardziej wybrednych wegan, bądź ułatwić życie tym początkującym. Nie ma w swoim składzie soi i glutenu. Jedynym minusem jest cena, która w sklepach rozkłada na łopatki. W Honest Burger moja obiadokolacja faktycznie nie była najtańsza, ale za to chyba najlepsza. Był to bowiem genialny kotlet, czułam, że przegryzam mięsiste wołowe włókna. Dodatkowo w środku był wegański ser Gouda, sos chipotle, ogórek kiszony, czerwona cebula, musztarda… I do tego te przyprawione rozmarynem frytki, które były przepyszne! Do picia zamówiliśmy brytyjski bio napój Karma Cola słodzony stewią. Coca cola wzbita na wyższy poziom. Można było wyczuć nutkę cytrynową, wanilię, czy… słód jęczmienny. Bardzo ciekawy smak – serdecznie polecam każdemu spróbować, jeśli będziecie mieli ku temu okazję. Honest Burger to brytyjska sieciówka, która ma ponad 20 lokalizacji, dlatego łatwo będzie ją odnaleźć. Bardzo miła obsługa, radosna atmosfera – Londyn! Takie było moje pierwsze wrażenie.

Untitled design-2
The Honest Burgers

 

Następnego dnia postanowiliśmy zaufać opiniom TripAdvisora i na niedzielne późne śniadanie wybraliśmy się do małej knajpki o nazwie Cappadocia, która było oddalona jedyne kilkaset metrów od naszego hostelu. Pomimo, że miejsce wyglądało niepozornie, musieliśmy czekać kilka minut na stolik. Kuchnia miała pełne ręce roboty! Ceny były bardzo obiecujące, oboje musieliśmy zamówić tradycyjne angielskie śniadanie! Ogromny plus za wegetariańską opcję! Moja warzywna kiełbaska była bardzo dobra. Do śniadania serwowany były również tosty z masłem. Menu jest tak ułożone, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Były opcje wegańskie. Oprócz tostów z dodatkami, czy angielskim śniadaniem, w menu można było znaleźć naleśniki, kanapki czy panini. Szczerze polecamy to miejsce, mam nadzieję, że uda nam się zajrzeć tam jeszcze raz w przyszłości. Wytoczyliśmy się dosłownie z lokalu, gotowi na zwiedzanie Londynu.

fullsizeoutput_2c
Wegetariańska wersja English Breakfast

Jednym z celów na jedzeniowej liście było Deliciously Ella Deli, czyli mała kawiarnia założona przez znaną na całym świecie Ellę Woodward – blogerkę i autorkę kilku książek kulinarnych, w tym najbardziej znanej Smakowita Ella z przepisami kuchni roślinnej. Chciałam zobaczyć, jak bardzo „hype” przekłada się na jakość. Pamiętam, że cenowo nie wyglądało to może najgorzej, ale niestety po mojej porcji wegańskiej szakszuki byłam nadal głodna… Mąż wyszedł na tym lepiej zamawiając bananowe placuszki z jagodami i syropem klonowym. Były bardzo dobre – ocena na bazie czynu „daj gryza”. Zamówiliśmy również po kawałku chlebka bananowego i ciasta z masłem orzechowym, czekoladą i spodem bodajże z daktyli i orzechów. Chlebek bananowy był mocno przeciętny za taką nieprzeciętną cenę (mąż nawet powiedział, że to, które ja piekę jest lepsze, a piekę z przepisu erVegan), moje ciasto było po prostu dobre. Brakowało mi jednak efektu wow. A już napewno mocno się zastanowię, czy odwiedzę to miejsce jeszcze raz, pomimo tego, że koncept tego miejsca jest mi bardzo bliski.

Untitled design-3
Camden Market

Na samo zakończenie naszego pobytu wisienką na torcie była wizyta w Camden Town, na Camden Market. Niesamowite miejsce. Wyluzowana atmosfera, zapachy z każdego zakątka świata. Po krótkim spacerze zdecydowaliśmy się na pitę z falafelem w legendarnym miejscu: Magic Falafel. Falafele były przepyszne! Chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku, dobrze przyprawione i nie przesiąknięte tłuszczem. Po krótkim spacerze przyszedł czas na deser: churros z sosem czekoladowym! Bardzo lubię churrosy. Niestety. Sos czekoladowy nie powalił mnie na kolana, być może dlatego, że był zbyt…mleczny. Jednak jestem fanką gorzkiej czekolady, dlatego ten sos dla mnie smakował jak gęste kakao. Same churrosy były jednak chrupiące i nie było się do czego przyczepić. Jedyne czego żałuję to fakt, że mam tylko jeden żołądek o określonym limicie, portfel z dnem i mało czasu w Londynie na spróbowanie więcej rzeczy…

Untitled design-4
Magic Falafel i churros!

Ogólnie Londyn na początku wzbudził we mnie mieszane uczucia. Tłumy ludzi, śmieci, keep left, mind the gap, gołębie latające zbyt nisko nad głowami… Jednak kiedy wróciliśmy do domu i przejrzałam nasze zdjęcia i przywołałam wspomnienia, zaczęłam tęsknić za tym chaosem, którego rzadko można doświadczyć nawet w islandzkiej stolicy 😉 Cokolwiek by nie powiedzieć o podróżach, zawsze pierwszy skyr po wylądowaniu na wyspie smakuje najlepiej!

 

Peschiera del Garda i Bergamo

Che bello! Nie mogliśmy tego wykrzyczeć zaraz po wylądowaniu we Włoszech, bo za dnia przywitał nas przystanek autobusowy na lotnisku Orio al Serio w Bergamo, a do Peschiera del Garda dotarliśmy już po zmroku. Wybraliśmy się na krótki spacer przy Jeziorze, którego nie widać (w ciemności), ale przynajmniej zdążyliśmy nabrać ochoty na poweselny detoks – czyli prawdziwą włoską pizzę. W pobliżu, dzięki stronie TripAdvisor, znaleźliśmy bardzo obiecująco wyglądającą restaurację – przede wszystkim dlatego, że miała ogromny ogród i siedzieli w niej chyba tylko miejscowi, a przynajmniej głównie Włosi. Peschiera del Garda to mała miejscowość, jednak bardzo popularna wśród mieszkańców Italii ze względu na swoje położenie nad malowniczym jeziorem Garda. Jakby tego było mało, nasz pobyt przypadł na najbardziej zatłoczony okres w roku, czyli okolice Ferragosto (15 sierpnia), gdzie wszyscy Włosi podróżują. Mieliśmy jednak niebywałe szczęście – autobusy odjeżdżały na czas, zero korków (te widzieliśmy tylko przy wjeździe do Peschiery w autobusie wiozącym nas  z powrotem do Bergamo).

fullsizeoutput_27
Bergamo

Restauracja Le Magnolie, bo o niej zdążyłam już wspomnieć, znajduje się z dala od ścisłego centrum miasteczka, wygląda raczej na osiedlową restaurację, co dodaje jej tylko większego uroku i spokoju. W karcie znajdują się przede wszystkim dania kuchni włoskiej, a przede wszystkim pizza neapolitańska (na cienkim cieście). Jakże zaświeciły się moje oczy na widok tak rozbudowanego pizzowego menu, a jeszcze bardziej na widok Aperol Spritz. Fakt, że akurat ten drink jest moim ulubionym uważam za conajmniej dziwny, ale czasem chyba już tak jest, że sami siebie do końca nie rozumiemy. Dla przypomnienia: Aperol Spritz to drink na bazie prosecco i Aperolu, czyli pomarańczowo-mandarynkowego, bardziej gorzkawego niż słodkiego likieru, który przygotowuje się według zasady 3, 2, 1: 3 części prosecco, 2 części Aperolu i 1 część wody gazowanej. Obowiązkowo z plasterkiem pomarańczy i kostkami lodu. Prosecco uwielbiam, ale gorzki smak pomarańczy jest mi wysoce obojętny. Jednakże w tym boskim połączeniu odnajduję moje własne umami. Aperol Spritz jest serwowany na apertif, obowiązkowo z miseczką czipsów, czasem również z oliwkami.

fullsizeoutput_14
Restauracja Le Magnolie w Peschiera del Garda – żebyście łatwiej trafili 

 

fullsizeoutput_1f
Le Magnolie

Wracając do sedna. Nie mieliśmy problemu z dostaniem stolika, było już dość późno, ale nadal bardzo ciepło, dlatego pizza w ogródku była spełnieniem naszych marzeń. Tak bardzo byłam skupiona na swojej quattro formaggi, że nie pamiętam co zamówił mąż, jeszcze wtedy zapewne z wędliną. Ciasto było przepyszne, cieniutkie, z grubszymi, przypieczonymi brzegami, a dobór serów komponował się wyśmienicie, żaden z nich nie wyróżniał się smakiem i nie zdominował całej pizzy. Ceny były przystępne – jak na Włochy, które generalnie nie należą do najtańszych krajów. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zjedli włoskich lodów na deser, mimo że wyszliśmy z restauracji prawie na kolanach. Mały spacer do centrum miasteczka rozgrzeszył nas z niezachowania umiaru w jedzeniu, ale nie piciu, moim zdaniem, i trafiliśmy do kultowej Gelateria La Romana. Tam zjadłam najlepszą pistację w życiu. Nie przesadzając. Zawsze, kiedy odwiedzam jakąś lodziarnię po raz pierwszy, zamawiam pistację. Jeśli mnie pozytywnie zaskoczy, zakładam w ciemno, pewnie bezpodstawnie, że „tu są pyszne lody”. Kolejnym testem jest czekolada. Tam była również wyśmienita.  Pierwszy wieczór we Włoszech – było aż za dobrze i czekaliśmy na więcej…

Oczywiście nie będę tutaj po kolei wymieniać wszystkich miejsc, w których jedliśmy, niektóre były „po prostu” dobre, bądź nazwy gdzieś nam umknęły. Następnego dnia udaliśmy się stateczkiem wycieczkowym do Sirmione, nad którym góruje zamek rodziny Scaglierich. Tam dopiero poczuliśmy, że jesteśmy we Włoszech podczas szczytu sezonu! Zjedliśmy zdecydowanie NAJWIĘKSZE lody, choć nie były aż tak wyśmienite jak w La Romana (co nie zmienia faktu, że wciąż były warte swojej ceny). Nie pamiętam dokładnie nazwy lodziarni, lecz znajduje się ona naprzeciwko wejścia do zamku. Polecam! Porcje… co najmniej przyzwoite…

fullsizeoutput_1d
Szczęście ma swoją cenę i kosztuje 6 euro. Znajduje się w Sirmione.
fullsizeoutput_21
Aperol Spritz

Wieczór spędziliśmy w bardzo przytulnym barze – oczywiście na zewnątrz. Z tego miejsca mogliśmy obserwować zarówno jezioro, jak i wieczorny, miasteczkowy gwar. Rozmowy, kroki, kostki lodu dźwięczące w kieliszkach, bransoletki uderzające o stoliki, szuranie krzeseł… Wszystkiego doświadczamy podwójnie dzięki aperitivo w kieliszkach.  Mąż, jak na Wikinga przystało, niezmiennie preferuje piwo, a ja… chyba nie muszę się tłumaczyć 😉 Zamówiliśmy do tego również na spółkę piadinę. Piadina to włoski placek przypominający tortillę. W środku jest nadziewany, klasycznie z serem i wędliną. Była bardzo dobra i zaspokoiła mały głód. Na kolację udało mi się spróbować włoskiego klasyku: Penne all’arrabbiata. Tak, kocham makaron. Na deser wybraliśmy się do innej lodziarni, która znajdowała się bardzo blisko La Romany. Nazywała się bodajże La Cremeria. Sorbet czekoladowy, to zaraz po pistacji, mój ulubiony smak lodów, który nie jest spotykany zbyt często. Był gorzki, zarazem bardzo kremowy, mimo, iż był to sorbet i do bólu czekoladowy. Miłośnicy 70% plus, łączcie się!

Kolejne przygody kulinarne czekały na nas już w Bergamo. Jeszcze niedawno Bergamo było traktowane jako brama wjazdowa do Mediolanu. To tutaj lądują samoloty tanich linii lotniczych i w niecałą godzinkę jazdy autobusem możemy znaleźć się w stolicy mody. My nie chcieliśmy spędzić zbyt wiele czasu w środkach transportu, ze względu na ograniczony czas jaki mieliśmy do dyspozycji i postanowiliśmy zostać w nieco spokojniejszym, aczkolwiek nie mniej uroczym Bergamo. Miasto dzieli się na dwie części: Città Alta (położona na wzgórzu i otoczona murami część starożytna) oraz Città Bassa (nowa część).

Koniecznie muszę wspomnieć o dwóch miejscach, które skradły nasze serca i dodały kilogramów podczas wizyty w Bergamo. Drugiego dnia zaplanowaliśmy zwiedzanie Città Alta, gdzie dostaliśmy się kolejką zwaną furnicolare. Ja już wiedziałam, co nas tam czeka. Cukiernia Nessi specjalizuje się w regionalnym przysmaku polenta e osei. Jest to okrągłe ciastko z zewnątrz przypominające biszkopt, w środku nadziewane kremem gianduja, likierem maraschino i udekorowane masą migdałowo-czekoladową. Ach, to wspomnienie kryształków cukru trzeszczących w zębach, w których zatapiał się mięciutki biszkopt! Poziom słodkości zdecydowanie mieści się w kategorii islandzkiej, chętnie przeżyję to jeszcze raz, ten smak nie przypominał mi niczego, co już znam, był wyjątkowy!

fullsizeoutput_23
Nessi w Bergamo

Nie wybraliśmy się w tą podróż kompletnie nieprzygotowani, żeby nie było. Trip Advisor rozgrzewał się do czerwoności, szczególnie jeśli chodzi o najlepszą pizzę w Bergamo. Tutaj sugerowaliśmy się nie rankingiem, lecz liczbą znakomitych recenzji, ceną i…zdjęciami pizzy. Zdecydowanie NIE odległością od naszego hotelu… Postanowiliśmy, że pójdziemy pieszo (Google Maps pokazało 40min pieszo) dając czas żołądkowi na przyjęcie jednej z najlepszych pizzy w Bergamo. Był to nasz ostatni wieczór w Italii, chcieliśmy zakończyć go po prostu randką, mąż nawet założył koszulę! Im dalej szliśmy, tym więcej mieliśmy wątpliwości, bo zdecydowanie oddalaliśmy się od centrum wkraczając na przedmieścia. Było nadal gorąco, my już mieliśmy w nogach ok. 15 km, ale dobrze zaopatrzeni w wodę, dzielnie kontynuowaliśmy. Kiedy dotarliśmy na Via Papa Leone XIII ledwo zauważyliśmy małe wejście do lokalu, właściwie do piwnicy, który okazał się głównie pizzą na wynos, z samymi lokalsami, moja pierwsza myśl była: „no tutaj to wina nie dostanę…” Jak się potem okazało, do tej pizzy nie pije się wina, ale zimne piwo, najlepiej jasne, choć może nie 9%, czego nie zauważyłam na butelce… Było tam czuć domową kuchnię i tam dopiero zaczęłam wdychać prawdziwie włoską atmosferę: wszyscy się znali, wymieniali uściski dłoni, pozdrawiali się wesoło żegnając się Ciao! z wielkim pudłem na wynos w ręce… Te zapachy, uśmiechy załogi, żarty, duchota panująca w tym miejscu wzbudziły we mnie przekonanie, że ja chcę zjeść pizzę właśnie stąd, z Pizzerii Alta del Luca na przedmieściach Bergamo, nawet jeśli będzie to na chodniku. Na szczęście były tam dosłownie 2 stoliki i kilka miejsc barowych przy ścianie. Ta pizza jednak była inna niż tradycyjna włoska pizza. Sprzedawana „in teglia”, czyli na kawałki. Jednakże te kawałki były rozmiaru połowy dużej pizzy… Królowało tutaj grube ciasto. Tylko takie może udźwignąć ciężar mozzarelli i reszty dodatków… Za 3,50 euro mogliście znaleźć się w serowym raju. Po krótkiej i serdecznej rozmowie z obsługą (mina pracownika wyrażała tylko jedno: „z Islandii? Tutaj?”) wybraliśmy nasze smaki. Lista jest bardzo długa i jestem pewna, że każdy może tutaj znaleźć coś dla siebie. Gdy nasza kolacja była już gotowa, okazało się, że dostaliśmy w gratisie po połowie innego kawałka, co było bardzo miłe ze strony obsługi, lecz zdecydowanie cięższe dla naszego układu trawiennego. Ilość sera była nieprzyzwoita. I był on nieprzyzwoicie dobry… Mimo grubego ciasta, nie było ono w ogóle suche, brzegi były mięciutkie, daleko mu było do pizzoplacka, który w smaku przypomina chleb. Zapewne była to „wina” dodatków – na tych się nie oszczędza. Na samo wspomnienie o tej pizzy wpisuję Bergamo na listę miejsc do odwiedzenia w przyszłości jeszcze raz. Nie chciałam, żeby ten moment się kończył. Śmialiśmy się, jak zmienił się nasz nastrój: z niepewnych min w progu, do błogiej i niczym niezmąconej radości z jedzenia. Jaka szkoda, że nasze żołądki już nie mogły więcej! Nawet droga powrotna nie była nam straszna. Bo robiliśmy miejsce na ostatnie lody we Włoszech…

fullsizeoutput_25
#foodporn to za mało, żeby to opisać. Tak trzeba żyć. 

Jakie macie doświadczenia z włoską kuchnią? Jesteście bardziej team pasta, czy pizza? 🙂  Odwiedziliście któreś z opisanych przeze mnie miejsc? Może macie inne rekomendacje? Dajcie znać, czy podobają Wam się takie małe skoki w bok, w końcu nie samym skyrem człowiek żyje 😉

W poszukiwaniu utraconej wiary

Od jakiegoś czasu czułam, że muszę przełamać tę ciszę, która sieje tutaj niemałe spustoszenie nie oszczędzając przede wszystkim samego autora. Od ostatniego wpisu minęło już kilka chwil. Stąd ten moment żałosnego usprawiedliwienia się, chyba przede wszystkim przed sobą.

Słowo motywacja zostało już chyba odmienione przez wszystkie możliwe przypadki: i te polskie i islandzkie, osoby, liczby i rodzaje. Dlatego stracić motywację do działania nie brzmi wystarczająco dramatycznie, żeby wyrazić jakie uczucia targały mną po sierpniowym powrocie z wakacji. Jeśli wakacjami można nazwać własny ślub w Polsce i przygotowania z tym związane oraz kompaktowa podróż poślubna – 3 miejsca w tydzień, średnia dzienna – 20 km w nogach w różnych formach: zwiedzanie, bieganie oraz marsze w celu odnalezienia tej NAJLEPSZEJ PIZZY w Bergamo. Wróciliśmy wykończeni. A po piętach deptała nam przeprowadzka.

Ja nie straciłam motywacji. Ja straciłam coś cenniejszego. Wiarę. Wiarę w to, że Islandia może być ciekawą destynacją kulinarną. Straciłam wiarę do pisania o jedzeniu, którego sama nie odkryłam jeszcze do końca. W niektórych przypadkach jest już po przysłowiowych „ptokach”, bo od niedawna zdecydowałam się niejedzenie mięsa, a przecież kuchnia islandzka na mięsie stoi! A ja nie zdążyłam opisać uda jagnięcego jako elementu tożsamości narodowej mieszkańców! Nie wspominając o bożonarodzeniowej pardwie!

bez nazwy

Dobra, są jeszcze ryby, nie było o skyrze, jakieś słodkie buły też się znajdą. Ale to też nie takie proste, bo bliżej mi już nawet do weganizmu niż sklepowych półek z nabiałem, choć nadal zdarzy mi się je odwiedzać.

Można pójść do restauracji. Można wspomnieć o jednej z dwóch wegańskich opcji, której punktem programu był spocony tłuszczem brokuł i trzy falafele wielkości paznokcia. Nasze ostatnie randkowe doświadczenie skończyło się dewastacją nie tylko doznań kulinarnych, ale też i portfela, może nawet przede wszystkim. Dlatego od teraz najbezpieczniejszą opcją jest zawsze wegański burger…

W podróży pojedliśmy, nie zaprzeczę. Opuchlizna z brzucha zeszła gdzieś po tygodniu. Może to będzie małe wynagrodzenie za miesiące milczenia? Czy zebranie wspomnień w tym miejscu będzie czymś, co Was zainteresuje? Czy pizza na przedmieściach Bergamo powinna się znaleźć na blogu o islandzkiej kuchni…? Nawet jeśli była to najlepsza pizza na świecie, i wcale nie na cienkim cieście? I jeszcze wtedy z włoską szynką. A wegetariańska wersja angielskiego śniadania?

Gdzieś tam w środku chcę, żeby ta piłka zaczęła znowu się kręcić, nawet jeśli zdarzy jej się wylądować poza boiskiem. Dlatego czas podwinąć rękawy, a nie czekać na wątły powiew natchnienia. Mam nadzieję, że wybaczycie mi off-road i relacje z naszej ostatniej podróży, które pojawią się tutaj jako pierwsze. Po tym obiecuję powrót na islandzkie ścieżki.

Wiem, że jest Was niewielu, ale każde przeczytane przez Was słowo i każdy komentarz to miód na sercu i mały podskok z radości, dlatego zachęcam Was do interakcji, być może jest coś o czym chcecie wiedzieć coś więcej ? Nie obiecuję, że od razu znajdę satysfakcjonujące odpowiedzi, ale nie poddam się próbując. Będzie to też dla mnie proces odzyskiwania wiary w islandzką kuchnię i jej zagadki, sukcesy i porażki.

Restauracja Baccalá i farma Vellir

Korzystając z faktu, że oboje z mężem mieliśmy wolny weekend, postanowiliśmy odbyć małą sælkeraferð, czyli food trip. Zastanawiam się, czy istnieje w ogóle polski odpowiednik tego wyrażenia. Google Tłumacz robi to dosadnie i bez zbędnego upiększania. Po prostu wyprawa na jedzenie. Przyznam, że była to pierwsza, świadomie odbyta wycieczka do restauracji w celu jej udokumentowania i opisania na blogu. Tworzy ona mianowicie nowy cykl: Vikingaland w podróży. Póki co, po Islandii. Mamy nadzieję, że na tyle nam się poszczęści, że będę mogła również raczyć Was kuchennymi reportażami z innych miejsc na świecie. Nie, nie tylko z Polski.

Wybraliśmy się więc na jedzenie do Hauganes – wioski oddalonej ok. 30 km od Akureyri w kierunku Dalvíku. Hauganes znane jest przede wszystkim z oferowanych wycieczek w celu zobaczenia wielorybów i geotermalnych basenów o rozmiarze jacuzzi, skąd mamy tylko kilka kroków do morza, w którym można się odrobinę schłodzić.

fullsizeoutput_6

fullsizeoutput_9

W Hauganes mieści się jeszcze jedna atrakcja: restauracja Baccalá, której mocnym punktem jest ryba, łowiona kilkaset metrów dalej… Wystrój restauracji przypomina łódź Wikingów, nam przytrafiło się akurat miejsce na zewnątrz, ponieważ cała restauracja w środku była zarezerwowana, dlatego koce uratowały sytuację. Menu jest krótkie i typowo islandzkie. Pizza, hamburgery, grillowane kanapki i dania rybne. Może to mocne uproszczenie, ale niestety to rzuca się w oczy jako pierwsze. Pozwólcie, że skupię się na rybach: do wyboru mamy zupę rybną (a Islandczycy naprawdę umieją w zupy rybne), klasyczne fish&chips czyli rybę w panierce z frytkami, filet z dorsza z ziemniaczkami, czy… pizzę z soloną rybą i czarnymi oliwkami. Ja skusiłam się właśnie na pizzę Baccalá. Pizza została podana z sosem chili. Kawałków ryby mogłoby być trochę więcej, z drugiej strony była ona tak słona, że można spokojnie uznać, że równowaga została zachowana. Dużo sera, wyraźnie było czuć oregano i sos pomidorowy. Spód od pizzy miał dość daleko do krewnych z Włoch, był sztywny, ale za to na zakwasie. Pizza nie była szczególnie ogromnych rozmiarów ale ostatni kawałek został zjedzony zgodnie z zasadą #nowaste, czyli po polsku „najadłam się, ale no przecież nie zostawię, bo zapłaciłam”. Jak na osobę, która nigdy nie przepadała za rybami, to połączenie zaskakująco bardzo przypadło mi do gustu i mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję ją zjeść. Mój mąż zamówił pizzę z szynką, która okazała się… przyzwoitą pizzą z szynką i na tym chyba można zakończyć. Ceny są nieco niższe niż te „miastowe”, ja za moją pizzę zapłaciłam 2100 koron (ok. 63 zł), pizza z szynką kosztowała 1850 koron (ok. 56 zł). Za główne danie, czyli polędwicę z dorsza trzeba zapłacić ok. 102 zł. Jako, że była to niedzielna pora obiadowa, musieliśmy troszkę poczekać na jedzenie, ale nie trwało to jakoś dramatycznie długo.

fullsizeoutput_5

fullsizeoutput_7
Pizza Baccalá

Warto wspomnieć, że restauracja jest czynna tylko w sezonie letnim.

Niedaleko Hauganes znajdują się co najmniej dwa ciekawe obiekty: browar Kaldi, do której można umówić się na wizytę oraz farma Vellir, czyli ekologiczne gospodarstwo i sklep z własnymi wyrobami. Farma skupia się głównie na uprawie truskawek, malin, porzeczek, warzyw i ziół. Sklepik jest malutki, ale uroczy. Na samym środku ustawiony jest stół z wszelkimi wyrobami, które można skosztować: są to głównie dżemy, konfitury np. z cebuli, chutney, czy pesto. Moje serce skradła dżem-galaretka z czarnych jagód z dodatkiem wina porto (sic!) oraz dżem rabarbarowo-truskawkowy, który rozmarzonymi oczami kulinarnej wyobraźni widzę na moich gofrach… Godny uwagi jest fakt, iż dżemy zawierają niewielkie ilości cukru nierafinowanego, dlatego można odrobinę zaszaleć 😉 Oprócz zapraw, możemy kupić jajka od szczęśliwych kur, które biegały po farmie, wędzone sery i ryby, suszone grzyby, jagodowe herbaty, aż po… dżem z bekonu.

Untitled design

Nie mogliśmy odmówić sobie oczywiście deseru. W sklepie można kupić również lody bio, kręcone, prosto z maszyny. Nie były zbyt słodkie, za to bardzo orzeźwiające, nie wyczułam w nich żadnej fałszywej nuty… Niebiańsko kremowe i tak bardzo niewegańskie…

fullsizeoutput_b
Lody z konfiturą z winem porto…

Farma znajduje się w przepięknej dolinie Svarfaðadal, niedalko Dalvíku. Sklepik jest otwarty codziennie w godz. 13-18 w sezonie letnim. Jeśli jesteście akurat w północnej części Islandii, serdecznie polecam tę trasę na niedzielną wycieczkę. Nam zajęła ona ok. 4 godzin, nigdzie się nie spiesząc…

fullsizeoutput_a

Restauracja Baccalá

Farma Vellir

Hjónabandssæla – czyli rabarbarowy paradoks

Z rabarbarem na Islandii związana jest jedna rzecz, której pewnie nigdy nie zrozumiem. Magiczna. Rabarbar jest, ale go nie ma. Mamy dżemy, ciasta, syropy, puddingi i inne cuda, ale rabarbaru w sklepie nie znajdziesz. Nie jest uprawiany na skalę przemysłową i dowożony do sklepów. Jakim cudem zatem, prawie każda islandzka gospodyni posiada w zamrażarce kilogramową paczkę rabarbaru na tzw. zimową „czarną godzinę”, gdy zabraknie dżemu do gofrów?

Są na świecie szczęśliwcy, którzy mają w ogródku krzaki z bujnym, zielonym upierzeniem i pięknymi, czerwonymi łodyżkami. Chętnie się dzielą ich owocami z nieszczęśnikami, którzy mieszkają w blokach, takimi jak ja. Wystarczył jeden post na Facebooku, i w ten sposób w zeszłym roku „dorobiłam się” 10 kg i podobno mam jeszcze prawie 2 kg w zaprzyjaźnionej zamrażarce, bo moja już nie unosi takich ciężarów. Szczególnie z zapasem lodów,  mrożonych bananów i chleba. #nowaste. 

Czerwiec jest szczególnym miesiącem w dla Islandczyków. Zaczynają się wakacje, a wraz z nimi podróże kamperami po kraju z cichą modlitwą na ustach o dobrą pogodę. W tym miesiącu również, dokładnie 17 czerwca 1944 roku, Islandia ogłosiła się republiką i oficjalnie zakończyła unię personalną z Danią, która trwała od 1918 roku. Tego dnia około 25 000 ludzi zebrało się w Þingvellir (w tym miejscu odbywały się historyczne, pierwsze posiedzenia parlamentu), gdzie mówca parlamentu ogłosił, że od tej pory w życie wchodzi islandzka konstytucja. Cały naród hucznie celebrował to wydarzenie i kontynuuje tę tradycję do dnia dzisiejszego, ponieważ jest to święto narodowe, czyli wolne od pracy. W całym kraju mają miejsce różne marsze, pochody, przedstawienia oraz inne atrakcje, również dla dzieci.

Nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności, aby przygotować dla Was chyba jeden z „najbardziej islandzkich” przepisów jakie znam z rabarbarem w roli głównej. Hjónabandssæla to w wolnym tłumaczeniu małżeńskie szczęście, błogość. Jakkolwiek niespodziewanie to brzmi, niezmierzona otchłań Internetu nie potrafiła opowiedzieć mi o historii tego ciasta. Istnieją jednak dwie teorie: hjónabandssæla jest najlepszą rzeczą jaką żona może upiec dla swojego męża, lub ma być tak słodka, jak słodkie jest małżeństwo! Z odrobiną rabarbarowego kwasu – ten też się czasem w życiu pojawia 😉

fullsizeoutput_4
Hjónabandssæla

 

Nie ma jednego, uniwersalnego przepisu na to ciasto, każda gospodyni ma swój własny sekret. W każdym domu będzie ono smakowało inaczej, ale każdy Islandczyk je rozpozna nawet zanim skosztuje. Czasem używana jest margaryna, innym razem masło, opcja z jajkiem lub bez, mogą się pojawić też wiórki kokosowe. Smak dżemu rabarbarowego ma również znaczenie, poziom słodyczy zapewne różni się w każdym domu. Ja zaprezentuję Wam wegańską wersję tego cuda, przygotowanie zajmuje około 40 minut z pieczeniem i, przy dobrych wiatrach, również z myciem naczyń…

Hjónabandssæla – przepis na małą formę 21cm x 21cm (żaroodporne naczynie z Ikei)

Składniki:

125g wegańskiego masła/margaryny (na Islandii użyłam marki Naturli)

1 szklanka mąki (np. pszenna, orkiszowa jasna, migdałowa. Najlepiej wypadła mieszanka obu; nie polecam mąki gryczanej, gdyż zmienia znacząco smak)

1 szklanka płatków owsianych górskich

0,5 szklanki cukru kokosowego

0,5 łyżeczki sody oczyszczonej

Opcjonalnie: 0,5 szklanki wiórków kokosowych – trzeba jednak uważać podczas pieczenia, ponieważ kokos szybko się przypala, można wtedy nakryć ciasto folią aluminiową i kontynuować pieczenie.

Dżem rabarbarowy (ja użyłam domowego, który zrobiłam rok temu słodząc nektarem kokosowym i daktylami)

Wykonanie:

Masło roztapiamy (wersja dla leniwych, czyli mnie: w mikrofalówce), odstawiamy na chwilę do wystygnięcia. W dużej misce mieszamy wszystkie suche składniki, na koniec wlewając roztopiony tłuszcz. Wyrabiamy ciasto ręką (raczej je „sklejamy”. Natłuszczamy formę. Wylepiamy dno formy ciastem zostawiając 1/3 na wierzch. Na dnie ciasta rozsmarowujemy łyżką dżem. Dobrze jest na ten czas wsadzić pozostałą część do lodówki, żeby kruszonka była bardziej zwarta, nawet na kilka minut, po czym sypiemy ją na dżem. Ciasto nie będzie wysokie, będzie bardziej przypominało krajankę. Pieczemy ok. 25-30 minut w 180 stopniach, sprawdzamy, czy ciasto jest zarumienione. Jeśli się przypala, przykrywamy folią. Mnie najlepiej smakuje z czarną kawą, mojemu Wikingowi ze szklanką zimnego, bynajmniej nie wegańskiego mleka, ale wiadomo nie od dziś, że islandzkie świeże krowie mleko jest doskonałe 😉

fullsizeoutput_2
Małżeńskie szczęście