Restauracja Baccalá i farma Vellir

Korzystając z faktu, że oboje z mężem mieliśmy wolny weekend, postanowiliśmy odbyć małą sælkeraferð, czyli food trip. Zastanawiam się, czy istnieje w ogóle polski odpowiednik tego wyrażenia. Google Tłumacz robi to dosadnie i bez zbędnego upiększania. Po prostu wyprawa na jedzenie. Przyznam, że była to pierwsza, świadomie odbyta wycieczka do restauracji w celu jej udokumentowania i opisania na blogu. Tworzy ona mianowicie nowy cykl: Vikingaland w podróży. Póki co, po Islandii. Mamy nadzieję, że na tyle nam się poszczęści, że będę mogła również raczyć Was kuchennymi reportażami z innych miejsc na świecie. Nie, nie tylko z Polski.

Wybraliśmy się więc na jedzenie do Hauganes – wioski oddalonej ok. 30 km od Akureyri w kierunku Dalvíku. Hauganes znane jest przede wszystkim z oferowanych wycieczek w celu zobaczenia wielorybów i geotermalnych basenów o rozmiarze jacuzzi, skąd mamy tylko kilka kroków do morza, w którym można się odrobinę schłodzić.

fullsizeoutput_6

fullsizeoutput_9

W Hauganes mieści się jeszcze jedna atrakcja: restauracja Baccalá, której mocnym punktem jest ryba, łowiona kilkaset metrów dalej… Wystrój restauracji przypomina łódź Wikingów, nam przytrafiło się akurat miejsce na zewnątrz, ponieważ cała restauracja w środku była zarezerwowana, dlatego koce uratowały sytuację. Menu jest krótkie i typowo islandzkie. Pizza, hamburgery, grillowane kanapki i dania rybne. Może to mocne uproszczenie, ale niestety to rzuca się w oczy jako pierwsze. Pozwólcie, że skupię się na rybach: do wyboru mamy zupę rybną (a Islandczycy naprawdę umieją w zupy rybne), klasyczne fish&chips czyli rybę w panierce z frytkami, filet z dorsza z ziemniaczkami, czy… pizzę z soloną rybą i czarnymi oliwkami. Ja skusiłam się właśnie na pizzę Baccalá. Pizza została podana z sosem chili. Kawałków ryby mogłoby być trochę więcej, z drugiej strony była ona tak słona, że można spokojnie uznać, że równowaga została zachowana. Dużo sera, wyraźnie było czuć oregano i sos pomidorowy. Spód od pizzy miał dość daleko do krewnych z Włoch, był sztywny, ale za to na zakwasie. Pizza nie była szczególnie ogromnych rozmiarów ale ostatni kawałek został zjedzony zgodnie z zasadą #nowaste, czyli po polsku „najadłam się, ale no przecież nie zostawię, bo zapłaciłam”. Jak na osobę, która nigdy nie przepadała za rybami, to połączenie zaskakująco bardzo przypadło mi do gustu i mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję ją zjeść. Mój mąż zamówił pizzę z szynką, która okazała się… przyzwoitą pizzą z szynką i na tym chyba można zakończyć. Ceny są nieco niższe niż te „miastowe”, ja za moją pizzę zapłaciłam 2100 koron (ok. 63 zł), pizza z szynką kosztowała 1850 koron (ok. 56 zł). Za główne danie, czyli polędwicę z dorsza trzeba zapłacić ok. 102 zł. Jako, że była to niedzielna pora obiadowa, musieliśmy troszkę poczekać na jedzenie, ale nie trwało to jakoś dramatycznie długo.

fullsizeoutput_5

fullsizeoutput_7
Pizza Baccalá

Warto wspomnieć, że restauracja jest czynna tylko w sezonie letnim.

Niedaleko Hauganes znajdują się co najmniej dwa ciekawe obiekty: browar Kaldi, do której można umówić się na wizytę oraz farma Vellir, czyli ekologiczne gospodarstwo i sklep z własnymi wyrobami. Farma skupia się głównie na uprawie truskawek, malin, porzeczek, warzyw i ziół. Sklepik jest malutki, ale uroczy. Na samym środku ustawiony jest stół z wszelkimi wyrobami, które można skosztować: są to głównie dżemy, konfitury np. z cebuli, chutney, czy pesto. Moje serce skradła dżem-galaretka z czarnych jagód z dodatkiem wina porto (sic!) oraz dżem rabarbarowo-truskawkowy, który rozmarzonymi oczami kulinarnej wyobraźni widzę na moich gofrach… Godny uwagi jest fakt, iż dżemy zawierają niewielkie ilości cukru nierafinowanego, dlatego można odrobinę zaszaleć 😉 Oprócz zapraw, możemy kupić jajka od szczęśliwych kur, które biegały po farmie, wędzone sery i ryby, suszone grzyby, jagodowe herbaty, aż po… dżem z bekonu.

Untitled design

Nie mogliśmy odmówić sobie oczywiście deseru. W sklepie można kupić również lody bio, kręcone, prosto z maszyny. Nie były zbyt słodkie, za to bardzo orzeźwiające, nie wyczułam w nich żadnej fałszywej nuty… Niebiańsko kremowe i tak bardzo niewegańskie…

fullsizeoutput_b
Lody z konfiturą z winem porto…

Farma znajduje się w przepięknej dolinie Svarfaðadal, niedalko Dalvíku. Sklepik jest otwarty codziennie w godz. 13-18 w sezonie letnim. Jeśli jesteście akurat w północnej części Islandii, serdecznie polecam tę trasę na niedzielną wycieczkę. Nam zajęła ona ok. 4 godzin, nigdzie się nie spiesząc…

fullsizeoutput_a

Restauracja Baccalá

Farma Vellir

Hjónabandssæla – czyli rabarbarowy paradoks

Z rabarbarem na Islandii związana jest jedna rzecz, której pewnie nigdy nie zrozumiem. Magiczna. Rabarbar jest, ale go nie ma. Mamy dżemy, ciasta, syropy, puddingi i inne cuda, ale rabarbaru w sklepie nie znajdziesz. Nie jest uprawiany na skalę przemysłową i dowożony do sklepów. Jakim cudem zatem, prawie każda islandzka gospodyni posiada w zamrażarce kilogramową paczkę rabarbaru na tzw. zimową „czarną godzinę”, gdy zabraknie dżemu do gofrów?

Są na świecie szczęśliwcy, którzy mają w ogródku krzaki z bujnym, zielonym upierzeniem i pięknymi, czerwonymi łodyżkami. Chętnie się dzielą ich owocami z nieszczęśnikami, którzy mieszkają w blokach, takimi jak ja. Wystarczył jeden post na Facebooku, i w ten sposób w zeszłym roku „dorobiłam się” 10 kg i podobno mam jeszcze prawie 2 kg w zaprzyjaźnionej zamrażarce, bo moja już nie unosi takich ciężarów. Szczególnie z zapasem lodów,  mrożonych bananów i chleba. #nowaste. 

Czerwiec jest szczególnym miesiącem w dla Islandczyków. Zaczynają się wakacje, a wraz z nimi podróże kamperami po kraju z cichą modlitwą na ustach o dobrą pogodę. W tym miesiącu również, dokładnie 17 czerwca 1944 roku, Islandia ogłosiła się republiką i oficjalnie zakończyła unię personalną z Danią, która trwała od 1918 roku. Tego dnia około 25 000 ludzi zebrało się w Þingvellir (w tym miejscu odbywały się historyczne, pierwsze posiedzenia parlamentu), gdzie mówca parlamentu ogłosił, że od tej pory w życie wchodzi islandzka konstytucja. Cały naród hucznie celebrował to wydarzenie i kontynuuje tę tradycję do dnia dzisiejszego, ponieważ jest to święto narodowe, czyli wolne od pracy. W całym kraju mają miejsce różne marsze, pochody, przedstawienia oraz inne atrakcje, również dla dzieci.

Nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności, aby przygotować dla Was chyba jeden z „najbardziej islandzkich” przepisów jakie znam z rabarbarem w roli głównej. Hjónabandssæla to w wolnym tłumaczeniu małżeńskie szczęście, błogość. Jakkolwiek niespodziewanie to brzmi, niezmierzona otchłań Internetu nie potrafiła opowiedzieć mi o historii tego ciasta. Istnieją jednak dwie teorie: hjónabandssæla jest najlepszą rzeczą jaką żona może upiec dla swojego męża, lub ma być tak słodka, jak słodkie jest małżeństwo! Z odrobiną rabarbarowego kwasu – ten też się czasem w życiu pojawia 😉

fullsizeoutput_4
Hjónabandssæla

 

Nie ma jednego, uniwersalnego przepisu na to ciasto, każda gospodyni ma swój własny sekret. W każdym domu będzie ono smakowało inaczej, ale każdy Islandczyk je rozpozna nawet zanim skosztuje. Czasem używana jest margaryna, innym razem masło, opcja z jajkiem lub bez, mogą się pojawić też wiórki kokosowe. Smak dżemu rabarbarowego ma również znaczenie, poziom słodyczy zapewne różni się w każdym domu. Ja zaprezentuję Wam wegańską wersję tego cuda, przygotowanie zajmuje około 40 minut z pieczeniem i, przy dobrych wiatrach, również z myciem naczyń…

Hjónabandssæla – przepis na małą formę 21cm x 21cm (żaroodporne naczynie z Ikei)

Składniki:

125g wegańskiego masła/margaryny (na Islandii użyłam marki Naturli)

1 szklanka mąki (np. pszenna, orkiszowa jasna, migdałowa. Najlepiej wypadła mieszanka obu; nie polecam mąki gryczanej, gdyż zmienia znacząco smak)

1 szklanka płatków owsianych górskich

0,5 szklanki cukru kokosowego

0,5 łyżeczki sody oczyszczonej

Opcjonalnie: 0,5 szklanki wiórków kokosowych – trzeba jednak uważać podczas pieczenia, ponieważ kokos szybko się przypala, można wtedy nakryć ciasto folią aluminiową i kontynuować pieczenie.

Dżem rabarbarowy (ja użyłam domowego, który zrobiłam rok temu słodząc nektarem kokosowym i daktylami)

Wykonanie:

Masło roztapiamy (wersja dla leniwych, czyli mnie: w mikrofalówce), odstawiamy na chwilę do wystygnięcia. W dużej misce mieszamy wszystkie suche składniki, na koniec wlewając roztopiony tłuszcz. Wyrabiamy ciasto ręką (raczej je „sklejamy”. Natłuszczamy formę. Wylepiamy dno formy ciastem zostawiając 1/3 na wierzch. Na dnie ciasta rozsmarowujemy łyżką dżem. Dobrze jest na ten czas wsadzić pozostałą część do lodówki, żeby kruszonka była bardziej zwarta, nawet na kilka minut, po czym sypiemy ją na dżem. Ciasto nie będzie wysokie, będzie bardziej przypominało krajankę. Pieczemy ok. 25-30 minut w 180 stopniach, sprawdzamy, czy ciasto jest zarumienione. Jeśli się przypala, przykrywamy folią. Mnie najlepiej smakuje z czarną kawą, mojemu Wikingowi ze szklanką zimnego, bynajmniej nie wegańskiego mleka, ale wiadomo nie od dziś, że islandzkie świeże krowie mleko jest doskonałe 😉

fullsizeoutput_2
Małżeńskie szczęście

Kleinur, ástarpungar… czyli dobrze wysmażone

Muszę Wam się szczerze przyznać, że nie jestem jakąś zagorzałą fanką tych smażonych pączusi. W kulinarnej kulturze Islandii zajmują jednak bardzo ważne miejsce, dlatego nie sposób o nich zapomnieć na początku przygody z blogiem o islandzkiej kuchni. Do ástarpungar mam jednak sentyment, ponieważ był to pierwszy tradycyjny wypiek, który kupiłam w dziś już ulubionej piekarni w Akureyri. Otóż… nie powalił mnie, bo czułam sam tłuszcz i spalone rodzynki. Nic dziwnego, skoro powinny być jedzone „na świeżo”, czyli zaraz po usmażeniu i jeszcze ciepłe… Wtedy smakują najlepiej. Ástarpungur to dosłownie „miłosne kulki”. Są to małe, okrągłe pączusie z rodzynkami (podobne do tych z ricotty), których surowe ciasto powinno być odrobinę większe od orzecha włoskiego. Smażone są przez kilka minut w głębokim tłuszczu. Ást po islandzku oznacza miłość. Szkoda, że póki co, nie odwzajemniona. Ich historia na Islandii ma już ponad wiek. Co ciekawe, w trakcie przeczesywania sieci natrafiłam na bardzo interesującą rzecz. Otóż pungur to po islandzku…moszna, czyli męski organ płciowy, skąd prawdopodobnie wzięła się nazwa tego delikwenta. W sumie, gdyby tak się przypatrzeć…

Straciły jednak one na popularności na rzecz kleinur, zdecydowanie bardziej przyjaznych do przechowywania dłużej niż jeden dzień.

20190603_175646
Ástarpungur – miłosna kuleczka

Kleinur to również małe pączki, które kształtem bardzo przypominają polskie chrusty/faworki. Nie są one jednak chrupiące, lecz grube, jak pączki bez nadzienia. Wyrobione ciasto jest następnie rolowane i kleinur wycina się specjalnie zakończonym nożem-kołowrotkiem (czyt. mechanizm noża do pizzy) w romby tudzież kokardki – jak zwał, tak zwał. Następnie brzegi są zawijane do środka (analogicznie jak w chrustach), aby zapobiec sytuacji, w której w środku będą surowe kiedy już będą usmażone od zewnątrz. Podobnie jak ástarpungar, wrzucane są na głęboki tłuszcz i w czasie tych kilku minut smażenia bardzo wyrastają.

20190603_175746
Kleina

20190603_175829
Kleina

Pierwszy przepis na kleinur pojawił się w druku w 1800 roku. Słowu kleina najbliżej do niemieckiego klein, które oznacza po prostu mały. W teraźniejszej formie pochodzą z rejonów północno-zachodniej Europy, szczególnie północnych Niemiec, południowej Szwecji i Danii, gdzie źródła średniowieczne wskazują na to, że to bożonarodzeniowy przysmak. W Norwegii podobny wypiek nazywa się fattingmenn, w USA to słynne donuty. Dzięki temu ostatniemu porównaniu koncept kleinur zapewne będzie Wam bliższy.

Pradawne tropy  wskazują, że coś podobnego do kleinur mogło już być znane przed rokiem 1800, o czym świadczy znaleziony nóż do wycinania ciasta z kości wieloryba. Obecnie jest to „codzienna” przekąska, dostępna zawsze w piekarniach lub supermarketach. Coraz rzadziej są smażone w domach, gdyż aromat tłuszczu może unosić się w powietrzu dłużej niż byśmy tego chcieli…

Kleinur nigdy nie są posypywane cukrem pudrem, najlepsze są jeszcze ciepłe. Większość starych przepisów zawiera kardamon, teraz jest najczęściej zastępowany aromatem waniliowym lub cytrynowym. Nowością jest kleina cała zanurzona w czekoladzie, która, wbrew tradycji i zdrowemu rozsądkowi, chyba mi smakuje bardziej 😉 Można śmiało stwierdzić, że kleinur ma status naszych pączków (choć są zdecydowanie mniejsze), kupowane najczęściej na drugie śniadanie lub podwieczorek i serwowane na przyjęciach obok gofrów jako „must have”, szczególnie wśród starszego pokolenia.

A Wy? Mieliście okazję spróbować kiedyś tradycyjnych islandzkich wypieków?

 

 

 

Mądrość ukryta w czekoladzie – Páskaegg

Okrutna prawda jest taka, że im później w danym roku wypadają święta Wielkanocne, tym większa szansa, że nie pójdę na święconkę w kozakach. Dopiero co otrząsnęłam się po Bożym Narodzeniu, dojadam Milki, przywiezione z Polski, których termin przydatności do spożycia nieuchronnie się zbliża, a islandzkie markety już od początku lutego każą mi kupować czekoladowe jajka! Jaja, właściwie, ze względu na rozmiary, jakie mogą posiadać. Ich historia nie ma w sobie nic romatycznego. Przybyły na wyspę na początku XX wieku i podbiły serca Islandczyków, którzy stworzyli swoją, unikalną wersję.

paskaegg1

Na Islandii nie ma utrwalonych zwyczajów wielkanocnych, oprócz tego jednego. Na każde dziecko w gospodarstwie domowym przypada przynajmniej jedno czekoladowe jajo, których, tak wyglądających, nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie. Pierwsze słowo, jakie przyszło mi na myśl, kiedy po raz pierwszy je zobaczyłam, to kicz i powrót lat dziewięćdzesiątych. Z puchatym, sztucznym kurczaczkiem na czubku i plastikową kwiatową dekoracją na środku. Kupiliśmy z przyjaciółmi jedno z czystej ciekawości. Odkąd jednak przeprowadziłam się na Islandię zaczęłam darzyć je większym szacunkiem, być może właśnie dlatego, że są tak wyjątkowe i traktowane bardzo serio. Pracując na Islandii możecie być niemal na sto procent pewni, że na kilka dni przed świętami wyjdziecie z „małym” prezentem, jakim jest czekoladowe jajo, najczęściej o rozmiarze 4 (około 300 gram dietetycznego zła). Smakowo nie są dla mnie niestety mistrzostwem czekoladowego rzemiosła, islandzkie słodycze są dla mnie za słodkie, po islandzkich ciastach boli mnie szczęka, a cukier skacze jak na trampolinie.

Spytacie: to jaja mają jakiś rozmiar? Mają. Twój stopień zajebistości rośnie wraz z rozmiarem czekoladowego jaja. Najmniejsze jajko mieści się w garści, takie na raz, do kawki. Nie prezentuje się ono jednak tak dobrze jak pozostałe, jest po prostu zawinięte w sreberko, puste w środku. Prawilne jaja zaczynają się od rozmiaru 2 a kończą na rozmiarze XXL, który waży 1350 gram… Co najważniejsze, jajka te ani nie są puste w środku, ani nie wypełnione żadnym kremem, czy czekoladą, ale dodatkową porcją cukierków, drażetek, lukrecji, rodzynek w czekoladzie, żelków… Największą frajdą jest dla mnie zawsze rozbijanie jaja. Szykujemy miskę, i uderzamy w nią jajem, z którego wysypuje się małe co nieco. I tak kończy się Wielki Post, z michą na kolanach i przed telewizorem.  Obywatele spragnieni wrażeń idą na spacer, a żyjący na krawędzi idą pobiegać, nie robiąc co prawda miejsca na serniczek, ale na kolejne paczuszki rodzynków wyjęte z czekoladowej otchłani. Jednakże islandzkie czekoladowe jajka kryją w sobie coś więcej niż „tylko” słodycze. Málsháttur to po polsku przysłowie, powiedzenie. Każde jajko ma w sobie żółty rulonik, na którym jest ono napisane. Pierwszy dzień w pracy po przerwie świątecznej zazwyczaj oznacza pytania o to, jak w tym roku brzmiało nasze powiedzenie i jak odnosi się do naszej życiowej sytuacji. Czekoladowa wróżka nie była dla mnie zbyt przychylnie nastawiona, ale przynajmniej wiem, że muszę być bardziej uważna w życiu, bo „Ci, co dostają najwięcej, nie zawsze dostają najlepiej” i „weseli są Ci, którzy znają smutek”. Tak, dorobiłam się dwóch jajek o łącznej wadze około pół kilograma. Pracuję nad tym.

paskaegg2

paskaegg3

O konserwatyzmie Islandczyków w nawykach dietetycznych już wiecie, dlatego oczywistością jest, że jaja islandzkiej produkcji są najpopularniejsze. Oprócz nich możecie znaleźć w sklepach eksportowane towary wielkanocne, jajka takich marek jak: Lindt, Mars, KitKat, After Eight. Tip od zaawansowanego konsumenta: jeśli Waszym pragnieniem jest tego typu produkt, poczekajcie do Wielkiej Soboty: kupicie go np. w markecie Nettó 50% taniej.

Przepraszam, że ten post, jak i serdecznie życzenia Wielkanocne docierają do Was tak późno, lecz jako bezdzietna Matka Polka narobiłam się przy ciastach prawie puszczając z dymem patelnię jednego dnia, a drugiego piekarnik. Ale leśny mech zrobił szał.

Życzę Wam kochani spokojnych Świąt w gronie najbliższych Wam osób, spacerów między babką a serniczkiem (sklepowy też jest okej, bez ciśnienia), rozmów przy wspólnym stole, ale nie o religii i polityce oraz pogody, ducha też, i nie przejmujcie się jak przyjdzie ochłodzenie, są takie miejsca na świecie gdzie 7 stopni z zachmurzeniami ale bez deszczu i wiatru uznawane są za dobrą świąteczną pogodę na koniec kwietnia 😉 Gleðilega páska!

Ís land, czyli najlepsze lody na świecie

To była piękna niedziela, pierwsza prawdziwie wiosenna, kiedy mogłam schować rękawiczki do torby i założyć okulary przeciwsłoneczne (a nawet zmienić okrycie wierzchnie). Bez okularów byłoby ciężko, zważywaszy na to jak słońce na Północy daje czasem popalić. Byłam pewna od samego świtu, że pójdziemy na spacer. Trzeba było tylko poczekać, aż wybije magiczna godzina 11. Zapytacie: po co czekać?

Właśnie po to, żeby na drugie śniadanie zjeść to:

blogbragdarefur

Od teraz mam przeświadczenie, że zanim przyjechałam na Islandię, musiałam żyć w jakimś lodowym ciemnogrodzie. Ja obok lodów nie przechodzę obojętnie. Kiedyś szczytem finezji były McFlurry w sieciówce Której Imienia Nie Wolno Wymawiać. Zostałam wychowana na roladach lodowych, Apaczach i Bambino na patyku. Lody dość często gościły w niedzielne letnie popołudnia do kawy, szczególnie w upalne dni. I to rozczarowanie, kiedy pod koniec sierpnia sklepy zaczynały ograniczać asortyment i twoje ulubione rożki znikały z lodówek… McFlurry było świętem, które obchodziliśmy czasem podczas wyjazdów do Poznania, choć nie pamiętam, żeby to zdarzało się szczególnie często. Frytki, jednak, rządzą.

Jako już nieco starszy obywatel, przyjeżdżając na Islandię nie zdawałam sobie sprawy jak rozwinięta jest tutaj kultura „lodowa”. Doświadczeni stażem Erasmusi próbowali nam wytłumaczyć o co chodzi i jak to się robi, ale my podeszliśmy do sprawy początkowo bez entuzjazmu. Przecież nie pójdę w styczniu na lody. I jeszcze jadła je NA ZEWNĄTRZ (i płaciła za nie 30 zł). Odważyłam się, spróbowałam i odtąd jem lody częściej zimą niż latem i zamawiam iście po islandzku.

Bragðarefur w formie, w której jest podawany na Islandii, nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie. McFlurry to jego odpowiednik, ale daleko mu do oryginału. Ma nawet swoje hasło w islandzkiej Wikipedii, według którego bragðarefur to popularne „danie lodowe”, które można dostać w większości lodziarni w kraju. Wybieramy tzw. bazę, czyli smak naszych lodów, klasyka to wanilia i często to jedyny wybór, w mniejszych punktach sprzedaży. Teraz dodatki: od nutelli, po oreo, orzechy, owoce do lukrecji. I jeszcze więcej. Najczęściej można wybrać trzy. Później nasz pojemnik z bazą i dodatkami trafia pod specjalną maszynę, która „miażdży” całą jego zawartość, która jest przekładana do papierowego kubka i voilà, mamy to! Wersja maxi to pół litra plus czubek. Nie miałam z nią problemu.

Mój koszmar z dzieciństwa, czyli kurczący się asortyment lodów na zimę w Polsce, zniknął jak ręką odjął po przeprowadzce na Islandię. Tutaj to zjawisko po prostu nie występuje. Oczywiście niektóre lodziarnie są zamykane, ale głównie te z lodami „gałkowymi”. Brak turystów = brak biznesu. Bo wiadomo: szukamy tego, co znamy. Nazwa bragðarefur nic nam nie mówi, a już na pewno nie to, że to „smakowy lis”! (refur to lis, bragð to smak). Nazwą, która się przyjęła podczas Erasmusa to twister, która myślę, że dobrze opisuje to zjawisko. W lodziarni też będą wiedzieć o co chodzi 😉

To, co wyróżnia islandzkie lody to smak. Kupując je praktycznie gdziekolwiek, czy to z maszyny à la kręcone, czy zwykłe pudełko lodów z marketu – one są zwyczajnie lepsze, bardziej śmietankowe, po prostu… „bardziej”. Na islandzkim rynku mamy dwóch poważnych konkurentów: Kjörís i Emmessís i trudno jednoznacznie stwierdzić kto robi to lepiej. A gdy nie będziecie mogli się zdecydować zawsze możecie wsiąść w samochód i wybrać się na ísrúntur, czyli kręcenie kółek przez młodzież swoim nowym-lecz-wiekowym pojazdem, które zazwyczaj kończy się w punkcie sprzedaży lodów, warto wspomnieć, że największe lodziarnie są otwarte do późna, nawet do godziny 23, ponieważ lody są bardzo popularną wieczorną przekąską.

outsidebragdarefur

Apeluję: gelato zostawcie sobie na wizytę we Włoszech. Tam pewnie i tak są lepsze na każdym rogu. Chyba, że traficie na lodziarnię Valdís, która specjalizuje się w gałkach. Wtedy rozplanujcie sobie tak makroskładniki, żeby spróbować obu specjalności regionu. Pamiętajcie jednak, że bragðarefur na zawsze zepsuje Wam smak McFlurry (nigdy nie zapomnę pierwszego McFlurry po powrocie z Erasmusa, był po prostu…zły. Niewłaściwy).

A gdy najdzie Was ochota na zdrowszą wersję twistera (być może wcale nie mniej kaloryczną!), siegnijcie po mrożone owoce, blender i dodatki na jakie tylko macie ochotę!

20190407_180333[1]Moja wersja to:

  • 1 mrożony banan (kroimy w plasterki przed zamrożeniem)
  • ok. 70 ml mleka owsianego
  • 2 ciasteczka oreo bez cukru
  • 1 czubata łyżeczka masła z orzechów laskowych
  • ekspandowana komosa ryżowa
  • ciastko czekoladowe bez cukru
  • batonik Nakd o smaku Peanut Delight
  • kilka mrożonych malin

Banana wyciągamy z zamrażarki ok. 10 minut przed użyciem. Wrzucamy go do blendera wraz pokruszonymi ciasteczkami oreo, masłem z orzechów laskowych i połową mleka i blendujemy na najwyższej mocy do konsystencji przypominającej lody. Resztę mleka dodajemy stopniowo do blendera, aż do pożądanego efektu. Dekorujemy ekspandowaną komosą ryżową, wciskamy maliny, ciasteczko i batonika gdzie się tylko da i zajadamy ze smakiem bez wyrzutów sumienia 🙂

Międzynarodowy Dzień Gofra

– czyli Alþjóðlegur vöffludagur

O którym zapomniałam. Nawet nie wiedziałam, że istnieje. Wcale mnie to zresztą nie dziwi, skoro mamy Dzień Pizzy, Dzień Czekolady, Dzień Masła Orzechowego, to Dzień Gofra tym bardziej powinien mieć swoje miejsce w tym zacnym gronie. Jednakże historia tego dnia jest zapewne nieco inna niż pozostałych. 25 marca to w tradycji chrześcijańskiej Dzień Zwiastowania Marii Panny – wypada dokładnie 9 miesięcy przed Bożym Narodzeniem. W Szwecji, gdzie zwyczaj jedzenia gofrów znany był już w XV wieku, ten dzień nazywa się  Vårfrudagen, czyli Dzień Naszej Pani. Jak widać od Vårfrudagen do Våffeldagen niedaleko i tak oto 25 marca stał się Międzynarodowym Dniem Gofra. A że wszystko, co skandynawskie nie jest nam obce, na Islandii też przyjął się zwyczaj robienia gofrów. Nie tylko tego dnia. W każdym islandzkim domu jest gofrownica, każda szanująca się kawiarnia ma gofry w swoim menu, każda poważna partia polityczna serwuje vöfflukaffi podczas spotkań z elektoratem gdy wybory nadchodzą wielkimi krokami. Śmiem nawet twierdzić, że w niektórych domach, tak jak w Polsce nie ma niedzieli bez ciasta, tak na Islandii nie ma niedzieli bez gofrów. I to niekoniecznie do popołudniowej kawy, często serwowane są wieczorem lub kiedy do drzwi zapukają niespodziewani goście.

20190324_153453_HDR

Nie wyglądają one jednak identycznie jak te z nadbałtyckiego deptaku. W krajach skandynawskich, tradycyjne gofry są w kształcie serduszek, smażone w okrągłej gofrownicy. Na Islandii bita śmietana i dżem rabarbarowy to klasyk. Vöfflur með rjóma og sultu i koniec dyskusji. Gofry z Nutellą to jakaś profanacja. Gofry z masłem orzechowym i innymi fit substytutami to nie są gofry. Jakkolwiek liberalni w innych sprawach i sferach życia to w temacie gofrów Islandczycy są do bólu konserwatywni. Akceptują ewentualnie dżem jagodowy lub truskawkowy. Inne smaki to już odchył w nieznanym kierunku, gdzie nikt nie chce podążać. A jeśli ktoś chce sobie pofolgować, sos czekoladowy będzie przysłowiową kropką nad i.

Nie uwzględniałam gofrów w weekendowych planach, ponieważ ciasto z rabarbarem (jak dobrze mieć zamrażarkę słusznych rozmiarów) kusiło mnie od sobotniego ranka i oprócz wydłubywania kruszonki z wierzchu (bardzo zły nawyk z dzieciństwa) wykazywałam się anielską cierpliwością do momentu aż nie dowiedziałam się, że 25 marca jest Dzień Gofrów i nie ma opcji pozostawienia tego faktu bez echa na blogu. Z przyjemnością pragnę podzielić się z Wami przepisem, którego baza jest w pewnej bardzo dobrze mi znanej islandzkiej rodzinie od lat. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wprowadziła kilku „modyfikacji”. Oglądając zdjęcia musicie wiedzieć, że tak NIE DO KOŃCA wyglądają tradycyjne islandzkie gofry, to moja wariacja na ich temat. Przepis się zgadza, dodatki już nie w 100%, ale chyba nie wyszły takie złe, prawda? 

20190324_154445_HDRphotoshop

Islandzkie gofry (8 sztuk):

100g maślanki

150g mleka (lub więcej, do uzyskania odpowiedniej konsystencji)

250g mąki (ja użyłam mąki orkiszowej jasnej, w oryginale jest mąka pszenna)

1 jajko

1/4 łyżeczki soli

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki sody

3 łyżki roztopionego masła

1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

Zmiksować wszystkie składniki oprócz masła, które należy dodać na końcu. W razie potrzeby dodajemy mleko, ciasto nie może być za gęste, ale zdecydowanie gęstsze od naleśnikowego. Rozprowadzamy je chochlą na gofrownicy. Im dłużej będziemy je trzymać w gofrownicy, tym bardziej będą chrupiące, stopień wysmażenia zależy również od mocy urządzenia, ja smażę ok. 4 minuty. Podajemy z czym dusza zapragnie. Ja bitą śmietanę zastąpiłam naturalnym skyrem wymieszanym z syropem klonowym. Smacznego!

Local Food Festival 2019

Na myśl o tym dniu zacierałam rączki już od momentu pojawienia się pierwszej informacji w lokalnych mediach. 16 marca w Centrum Kultury w Akureyri odbył się Local Food Festival 2019, czyli w wolnym tłumaczeniu z języka angielskiego (bo islandzkiej nazwy to wydarzenie niestety nie posiadało) Festiwal Lokalnych Smaków.

Islandia, jak na kraj o małej populacji, i dość podatny na amerykańskie trendy żywieniowe, posiada niesamowitą kulturę kulinarną. To kraj baraniny, jagnięciny, dorsza, skyru, soli morskiej, kawy… Niemal każda farma, w najodleglejszym zakątku fiordu produkuje coś wyjątkowego dbając jak najlepiej o swoje stada. Wiele miejsc postanowiło wytwarzać swoje produkty i je, z sukcesami zresztą, sprzedawać. Muszę przyznać, że sama mam małego fioła na punkcie przetworów i wytworów home-made eko-friendly i #samazakręciłamsłoik, dlatego byłam bardzo ciekawa tego dnia (mój portfel też).

Już po przekroczeniu progu zaatakował mnie zapach dwóch walczących o dominację zapachów: wędzonego mięsa i suszonej ryby. Tego pierwszego nie było mi dane spróbować ze względów honorowych (odmówiłam sobie mięsa w Wielkim Poście, ot eksperyment), za drugim (niestety) nie przepadam… Moje nogi powędrowały najpierw do stoiska piekarni/cukierni Kristjáns, które było ogromne. Kulki rumowe, ciastka owsiane, chleb z masłem, tort marcepanowy krojony prawdopodobnie przez szefa (pan był pod krawatem), czego tam nie było… A prawie wszystko można było kupić – najgorzej. Nie byłabym sobą, gdybym nie wróciła do domu ze świeżym chlebem rustykalnym, do którego zrobiłam przepyszne pesto z daktylami i fetą…

Kolejnym stanowiskiem, które miałam okazję odwiedzić był Mjólkursamsalan, czyli krajowa mleczarnia, która obfitowała w sery: żółte, pleśniowe, serniki (te pieczone nie są popularne na Islandii, MS wprowadził je niedawno na rynek jako nowość), puddingi, które można było zjeść z kleksem bitej śmietany, oczywiście. Nýja kaffibrennslan, lokalna palarnia kawy, zaparzała litry kawy Rúbín, która moim skromnym zdaniem żadnego specjalisty, jest najlepszą kawą przelewową jaką miałam okazję pić nałogowo na Islandii.

Odurzona kofeiną i napakowana kawałkami brownies udałam się do drugiej części sali, a tam… jeszcze więcej kawy, sushi pizza, więcej wędzonego mięsa i stoiska przypominające prawdziwe, domowe spiżarnie i przetwórnie z klasycznym obrusem w czerwoną kratkę. Zatrzymałam się dłużej przy stoisku R rabarbari, gdzie Ragna Erlingsdóttir prezentowała swoje wyroby z rabarbaru: dżemy, soki, ciasta kruche, a nawet nasz swojski kompot, który na Islandii jest zwyczajnie sokiem z rabarbaru o zwiększonej ilości cukru, jak przystało na standardy ludów północy. Cóż z tego, skoro był przepyszny! A testowanie słoiczka z dżemem dopiero przede mną.

Kolejnym fascynującym stanowiskiem był Huldubúð, czyli mały, lokalny biznes prowadzony przez Huldę Arnsteinsdóttir. Można było u niej nabyć marmoladę z chili (sic!), pesto czerwone, konfiturę z pomarańczy, broddur (mleko pochodzące od krowy, która na dniach ma spłodzić małe cielątka), czy świeże mięso prosto z farmy.

Oprócz samego kosztowania specjałów, wydarzenie obfitowało w kilka innych atrakcji. Dla dzieci frajdą była fotobudka, dla dorosłych loża piwna, gdzie można było przetestować lokalne, złote nektary. W tym miejscu trzeba wspomnieć, iż w Akureyri znajduje się browar Ölgerðin, który jest producentem piwa Einstök White Ale, wyjątkowego, mętnego piwa pszenicznego z nutką skórki pomarańczowej i kolendry, będącego wielokrotnie nagradzanym na światowych festiwalach. Dodatkowo, swoje stanowisko miało również Muzeum Przemysłowe, które zorganizowało wystawę puszek i innych, wszelakich opakowań po klasykach konserw i przetworów sprzed lat, które wywoływały u niektórych wiele wspomnień.

Bez wątpienia atrakcją dla wszystkich był rozgrywany w międzyczasie konkurs kulinarny na najlepszą przystawkę, danie główne i deser. Zadaniem uczestników pierwszego konkursu było przygotowanie przystawki, w której głównymi składnikami miały być pstrąg alpejski i kalafior. Tematyką dania głównego była jagnięcina. W konkursie na najlepszy deser gwiazdami były ser ricotta i wanilia. We wszystkich kategoriach uczestnicy mieli pół godziny na wykończenie dania i ułożenie na talerzu. Wyglądały elegancko, a do tego, na szczęście, pachniały bosko, aromaty rozchodziły się na całą salę. Restauracja Strikið miała co świętować, bowiem we wszystkich konkursach wygrali jej reprezentanci. Najwyższa pora, żeby znów ją odwiedzić.

W ciągu zaledwie pięciu godzin Festiwal odwiedziło ponad 5 000 osób, czyli około 25% mieszkańców miasta. Podczas tego wydarzenia zebrano również około 8 tys. złotych na rzecz lokalnego stowarzyszenia walki z rakiem.

To było prawdziwe święto dla smakoszy z północy, sama szeroko otworzyłam oczy na widok tylu wspaniałych przysmaków, które stąd pochodzą. I wokół całej tej jałowej dyskusji, która toczy się obecnie w mediach o zezwolenie na import świeżego mięsa z zagranicy, to był dzień celebrowania siły „małej ojczyzny”. Festiwal odbywa się cyklicznie co dwa lata, mogę śmiało powiedzieć: do zobaczenia!

20190316_134115
Sery od MS

20190316_134337
Ot, budyń

20190316_140610
R-rabarbari

20190316_141132
Ciasteczka owsiane

20190316_150708
Wędzona baranina

20190316_150913
Wędzone pstrągi atlantyckie