W poszukiwaniu utraconej wiary

Od jakiegoś czasu czułam, że muszę przełamać tę ciszę, która sieje tutaj niemałe spustoszenie nie oszczędzając przede wszystkim samego autora. Od ostatniego wpisu minęło już kilka chwil. Stąd ten moment żałosnego usprawiedliwienia się, chyba przede wszystkim przed sobą.

Słowo motywacja zostało już chyba odmienione przez wszystkie możliwe przypadki: i te polskie i islandzkie, osoby, liczby i rodzaje. Dlatego stracić motywację do działania nie brzmi wystarczająco dramatycznie, żeby wyrazić jakie uczucia targały mną po sierpniowym powrocie z wakacji. Jeśli wakacjami można nazwać własny ślub w Polsce i przygotowania z tym związane oraz kompaktowa podróż poślubna – 3 miejsca w tydzień, średnia dzienna – 20 km w nogach w różnych formach: zwiedzanie, bieganie oraz marsze w celu odnalezienia tej NAJLEPSZEJ PIZZY w Bergamo. Wróciliśmy wykończeni. A po piętach deptała nam przeprowadzka.

Ja nie straciłam motywacji. Ja straciłam coś cenniejszego. Wiarę. Wiarę w to, że Islandia może być ciekawą destynacją kulinarną. Straciłam wiarę do pisania o jedzeniu, którego sama nie odkryłam jeszcze do końca. W niektórych przypadkach jest już po przysłowiowych „ptokach”, bo od niedawna zdecydowałam się niejedzenie mięsa, a przecież kuchnia islandzka na mięsie stoi! A ja nie zdążyłam opisać uda jagnięcego jako elementu tożsamości narodowej mieszkańców! Nie wspominając o bożonarodzeniowej pardwie!

bez nazwy

Dobra, są jeszcze ryby, nie było o skyrze, jakieś słodkie buły też się znajdą. Ale to też nie takie proste, bo bliżej mi już nawet do weganizmu niż sklepowych półek z nabiałem, choć nadal zdarzy mi się je odwiedzać.

Można pójść do restauracji. Można wspomnieć o jednej z dwóch wegańskich opcji, której punktem programu był spocony tłuszczem brokuł i trzy falafele wielkości paznokcia. Nasze ostatnie randkowe doświadczenie skończyło się dewastacją nie tylko doznań kulinarnych, ale też i portfela, może nawet przede wszystkim. Dlatego od teraz najbezpieczniejszą opcją jest zawsze wegański burger…

W podróży pojedliśmy, nie zaprzeczę. Opuchlizna z brzucha zeszła gdzieś po tygodniu. Może to będzie małe wynagrodzenie za miesiące milczenia? Czy zebranie wspomnień w tym miejscu będzie czymś, co Was zainteresuje? Czy pizza na przedmieściach Bergamo powinna się znaleźć na blogu o islandzkiej kuchni…? Nawet jeśli była to najlepsza pizza na świecie, i wcale nie na cienkim cieście? I jeszcze wtedy z włoską szynką. A wegetariańska wersja angielskiego śniadania?

Gdzieś tam w środku chcę, żeby ta piłka zaczęła znowu się kręcić, nawet jeśli zdarzy jej się wylądować poza boiskiem. Dlatego czas podwinąć rękawy, a nie czekać na wątły powiew natchnienia. Mam nadzieję, że wybaczycie mi off-road i relacje z naszej ostatniej podróży, które pojawią się tutaj jako pierwsze. Po tym obiecuję powrót na islandzkie ścieżki.

Wiem, że jest Was niewielu, ale każde przeczytane przez Was słowo i każdy komentarz to miód na sercu i mały podskok z radości, dlatego zachęcam Was do interakcji, być może jest coś o czym chcecie wiedzieć coś więcej ? Nie obiecuję, że od razu znajdę satysfakcjonujące odpowiedzi, ale nie poddam się próbując. Będzie to też dla mnie proces odzyskiwania wiary w islandzką kuchnię i jej zagadki, sukcesy i porażki.