Ís land, czyli najlepsze lody na świecie

To była piękna niedziela, pierwsza prawdziwie wiosenna, kiedy mogłam schować rękawiczki do torby i założyć okulary przeciwsłoneczne (a nawet zmienić okrycie wierzchnie). Bez okularów byłoby ciężko, zważywaszy na to jak słońce na Północy daje czasem popalić. Byłam pewna od samego świtu, że pójdziemy na spacer. Trzeba było tylko poczekać, aż wybije magiczna godzina 11. Zapytacie: po co czekać?

Właśnie po to, żeby na drugie śniadanie zjeść to:

blogbragdarefur

Od teraz mam przeświadczenie, że zanim przyjechałam na Islandię, musiałam żyć w jakimś lodowym ciemnogrodzie. Ja obok lodów nie przechodzę obojętnie. Kiedyś szczytem finezji były McFlurry w sieciówce Której Imienia Nie Wolno Wymawiać. Zostałam wychowana na roladach lodowych, Apaczach i Bambino na patyku. Lody dość często gościły w niedzielne letnie popołudnia do kawy, szczególnie w upalne dni. I to rozczarowanie, kiedy pod koniec sierpnia sklepy zaczynały ograniczać asortyment i twoje ulubione rożki znikały z lodówek… McFlurry było świętem, które obchodziliśmy czasem podczas wyjazdów do Poznania, choć nie pamiętam, żeby to zdarzało się szczególnie często. Frytki, jednak, rządzą.

Jako już nieco starszy obywatel, przyjeżdżając na Islandię nie zdawałam sobie sprawy jak rozwinięta jest tutaj kultura „lodowa”. Doświadczeni stażem Erasmusi próbowali nam wytłumaczyć o co chodzi i jak to się robi, ale my podeszliśmy do sprawy początkowo bez entuzjazmu. Przecież nie pójdę w styczniu na lody. I jeszcze jadła je NA ZEWNĄTRZ (i płaciła za nie 30 zł). Odważyłam się, spróbowałam i odtąd jem lody częściej zimą niż latem i zamawiam iście po islandzku.

Bragðarefur w formie, w której jest podawany na Islandii, nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie. McFlurry to jego odpowiednik, ale daleko mu do oryginału. Ma nawet swoje hasło w islandzkiej Wikipedii, według którego bragðarefur to popularne „danie lodowe”, które można dostać w większości lodziarni w kraju. Wybieramy tzw. bazę, czyli smak naszych lodów, klasyka to wanilia i często to jedyny wybór, w mniejszych punktach sprzedaży. Teraz dodatki: od nutelli, po oreo, orzechy, owoce do lukrecji. I jeszcze więcej. Najczęściej można wybrać trzy. Później nasz pojemnik z bazą i dodatkami trafia pod specjalną maszynę, która „miażdży” całą jego zawartość, która jest przekładana do papierowego kubka i voilà, mamy to! Wersja maxi to pół litra plus czubek. Nie miałam z nią problemu.

Mój koszmar z dzieciństwa, czyli kurczący się asortyment lodów na zimę w Polsce, zniknął jak ręką odjął po przeprowadzce na Islandię. Tutaj to zjawisko po prostu nie występuje. Oczywiście niektóre lodziarnie są zamykane, ale głównie te z lodami „gałkowymi”. Brak turystów = brak biznesu. Bo wiadomo: szukamy tego, co znamy. Nazwa bragðarefur nic nam nie mówi, a już na pewno nie to, że to „smakowy lis”! (refur to lis, bragð to smak). Nazwą, która się przyjęła podczas Erasmusa to twister, która myślę, że dobrze opisuje to zjawisko. W lodziarni też będą wiedzieć o co chodzi 😉

To, co wyróżnia islandzkie lody to smak. Kupując je praktycznie gdziekolwiek, czy to z maszyny à la kręcone, czy zwykłe pudełko lodów z marketu – one są zwyczajnie lepsze, bardziej śmietankowe, po prostu… „bardziej”. Na islandzkim rynku mamy dwóch poważnych konkurentów: Kjörís i Emmessís i trudno jednoznacznie stwierdzić kto robi to lepiej. A gdy nie będziecie mogli się zdecydować zawsze możecie wsiąść w samochód i wybrać się na ísrúntur, czyli kręcenie kółek przez młodzież swoim nowym-lecz-wiekowym pojazdem, które zazwyczaj kończy się w punkcie sprzedaży lodów, warto wspomnieć, że największe lodziarnie są otwarte do późna, nawet do godziny 23, ponieważ lody są bardzo popularną wieczorną przekąską.

outsidebragdarefur

Apeluję: gelato zostawcie sobie na wizytę we Włoszech. Tam pewnie i tak są lepsze na każdym rogu. Chyba, że traficie na lodziarnię Valdís, która specjalizuje się w gałkach. Wtedy rozplanujcie sobie tak makroskładniki, żeby spróbować obu specjalności regionu. Pamiętajcie jednak, że bragðarefur na zawsze zepsuje Wam smak McFlurry (nigdy nie zapomnę pierwszego McFlurry po powrocie z Erasmusa, był po prostu…zły. Niewłaściwy).

A gdy najdzie Was ochota na zdrowszą wersję twistera (być może wcale nie mniej kaloryczną!), siegnijcie po mrożone owoce, blender i dodatki na jakie tylko macie ochotę!

20190407_180333[1]Moja wersja to:

  • 1 mrożony banan (kroimy w plasterki przed zamrożeniem)
  • ok. 70 ml mleka owsianego
  • 2 ciasteczka oreo bez cukru
  • 1 czubata łyżeczka masła z orzechów laskowych
  • ekspandowana komosa ryżowa
  • ciastko czekoladowe bez cukru
  • batonik Nakd o smaku Peanut Delight
  • kilka mrożonych malin

Banana wyciągamy z zamrażarki ok. 10 minut przed użyciem. Wrzucamy go do blendera wraz pokruszonymi ciasteczkami oreo, masłem z orzechów laskowych i połową mleka i blendujemy na najwyższej mocy do konsystencji przypominającej lody. Resztę mleka dodajemy stopniowo do blendera, aż do pożądanego efektu. Dekorujemy ekspandowaną komosą ryżową, wciskamy maliny, ciasteczko i batonika gdzie się tylko da i zajadamy ze smakiem bez wyrzutów sumienia 🙂

Międzynarodowy Dzień Gofra

– czyli Alþjóðlegur vöffludagur

O którym zapomniałam. Nawet nie wiedziałam, że istnieje. Wcale mnie to zresztą nie dziwi, skoro mamy Dzień Pizzy, Dzień Czekolady, Dzień Masła Orzechowego, to Dzień Gofra tym bardziej powinien mieć swoje miejsce w tym zacnym gronie. Jednakże historia tego dnia jest zapewne nieco inna niż pozostałych. 25 marca to w tradycji chrześcijańskiej Dzień Zwiastowania Marii Panny – wypada dokładnie 9 miesięcy przed Bożym Narodzeniem. W Szwecji, gdzie zwyczaj jedzenia gofrów znany był już w XV wieku, ten dzień nazywa się  Vårfrudagen, czyli Dzień Naszej Pani. Jak widać od Vårfrudagen do Våffeldagen niedaleko i tak oto 25 marca stał się Międzynarodowym Dniem Gofra. A że wszystko, co skandynawskie nie jest nam obce, na Islandii też przyjął się zwyczaj robienia gofrów. Nie tylko tego dnia. W każdym islandzkim domu jest gofrownica, każda szanująca się kawiarnia ma gofry w swoim menu, każda poważna partia polityczna serwuje vöfflukaffi podczas spotkań z elektoratem gdy wybory nadchodzą wielkimi krokami. Śmiem nawet twierdzić, że w niektórych domach, tak jak w Polsce nie ma niedzieli bez ciasta, tak na Islandii nie ma niedzieli bez gofrów. I to niekoniecznie do popołudniowej kawy, często serwowane są wieczorem lub kiedy do drzwi zapukają niespodziewani goście.

20190324_153453_HDR

Nie wyglądają one jednak identycznie jak te z nadbałtyckiego deptaku. W krajach skandynawskich, tradycyjne gofry są w kształcie serduszek, smażone w okrągłej gofrownicy. Na Islandii bita śmietana i dżem rabarbarowy to klasyk. Vöfflur með rjóma og sultu i koniec dyskusji. Gofry z Nutellą to jakaś profanacja. Gofry z masłem orzechowym i innymi fit substytutami to nie są gofry. Jakkolwiek liberalni w innych sprawach i sferach życia to w temacie gofrów Islandczycy są do bólu konserwatywni. Akceptują ewentualnie dżem jagodowy lub truskawkowy. Inne smaki to już odchył w nieznanym kierunku, gdzie nikt nie chce podążać. A jeśli ktoś chce sobie pofolgować, sos czekoladowy będzie przysłowiową kropką nad i.

Nie uwzględniałam gofrów w weekendowych planach, ponieważ ciasto z rabarbarem (jak dobrze mieć zamrażarkę słusznych rozmiarów) kusiło mnie od sobotniego ranka i oprócz wydłubywania kruszonki z wierzchu (bardzo zły nawyk z dzieciństwa) wykazywałam się anielską cierpliwością do momentu aż nie dowiedziałam się, że 25 marca jest Dzień Gofrów i nie ma opcji pozostawienia tego faktu bez echa na blogu. Z przyjemnością pragnę podzielić się z Wami przepisem, którego baza jest w pewnej bardzo dobrze mi znanej islandzkiej rodzinie od lat. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wprowadziła kilku „modyfikacji”. Oglądając zdjęcia musicie wiedzieć, że tak NIE DO KOŃCA wyglądają tradycyjne islandzkie gofry, to moja wariacja na ich temat. Przepis się zgadza, dodatki już nie w 100%, ale chyba nie wyszły takie złe, prawda? 

20190324_154445_HDRphotoshop

Islandzkie gofry (8 sztuk):

100g maślanki

150g mleka (lub więcej, do uzyskania odpowiedniej konsystencji)

250g mąki (ja użyłam mąki orkiszowej jasnej, w oryginale jest mąka pszenna)

1 jajko

1/4 łyżeczki soli

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki sody

3 łyżki roztopionego masła

1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

Zmiksować wszystkie składniki oprócz masła, które należy dodać na końcu. W razie potrzeby dodajemy mleko, ciasto nie może być za gęste, ale zdecydowanie gęstsze od naleśnikowego. Rozprowadzamy je chochlą na gofrownicy. Im dłużej będziemy je trzymać w gofrownicy, tym bardziej będą chrupiące, stopień wysmażenia zależy również od mocy urządzenia, ja smażę ok. 4 minuty. Podajemy z czym dusza zapragnie. Ja bitą śmietanę zastąpiłam naturalnym skyrem wymieszanym z syropem klonowym. Smacznego!

Local Food Festival 2019

Na myśl o tym dniu zacierałam rączki już od momentu pojawienia się pierwszej informacji w lokalnych mediach. 16 marca w Centrum Kultury w Akureyri odbył się Local Food Festival 2019, czyli w wolnym tłumaczeniu z języka angielskiego (bo islandzkiej nazwy to wydarzenie niestety nie posiadało) Festiwal Lokalnych Smaków.

Islandia, jak na kraj o małej populacji, i dość podatny na amerykańskie trendy żywieniowe, posiada niesamowitą kulturę kulinarną. To kraj baraniny, jagnięciny, dorsza, skyru, soli morskiej, kawy… Niemal każda farma, w najodleglejszym zakątku fiordu produkuje coś wyjątkowego dbając jak najlepiej o swoje stada. Wiele miejsc postanowiło wytwarzać swoje produkty i je, z sukcesami zresztą, sprzedawać. Muszę przyznać, że sama mam małego fioła na punkcie przetworów i wytworów home-made eko-friendly i #samazakręciłamsłoik, dlatego byłam bardzo ciekawa tego dnia (mój portfel też).

Już po przekroczeniu progu zaatakował mnie zapach dwóch walczących o dominację zapachów: wędzonego mięsa i suszonej ryby. Tego pierwszego nie było mi dane spróbować ze względów honorowych (odmówiłam sobie mięsa w Wielkim Poście, ot eksperyment), za drugim (niestety) nie przepadam… Moje nogi powędrowały najpierw do stoiska piekarni/cukierni Kristjáns, które było ogromne. Kulki rumowe, ciastka owsiane, chleb z masłem, tort marcepanowy krojony prawdopodobnie przez szefa (pan był pod krawatem), czego tam nie było… A prawie wszystko można było kupić – najgorzej. Nie byłabym sobą, gdybym nie wróciła do domu ze świeżym chlebem rustykalnym, do którego zrobiłam przepyszne pesto z daktylami i fetą…

Kolejnym stanowiskiem, które miałam okazję odwiedzić był Mjólkursamsalan, czyli krajowa mleczarnia, która obfitowała w sery: żółte, pleśniowe, serniki (te pieczone nie są popularne na Islandii, MS wprowadził je niedawno na rynek jako nowość), puddingi, które można było zjeść z kleksem bitej śmietany, oczywiście. Nýja kaffibrennslan, lokalna palarnia kawy, zaparzała litry kawy Rúbín, która moim skromnym zdaniem żadnego specjalisty, jest najlepszą kawą przelewową jaką miałam okazję pić nałogowo na Islandii.

Odurzona kofeiną i napakowana kawałkami brownies udałam się do drugiej części sali, a tam… jeszcze więcej kawy, sushi pizza, więcej wędzonego mięsa i stoiska przypominające prawdziwe, domowe spiżarnie i przetwórnie z klasycznym obrusem w czerwoną kratkę. Zatrzymałam się dłużej przy stoisku R rabarbari, gdzie Ragna Erlingsdóttir prezentowała swoje wyroby z rabarbaru: dżemy, soki, ciasta kruche, a nawet nasz swojski kompot, który na Islandii jest zwyczajnie sokiem z rabarbaru o zwiększonej ilości cukru, jak przystało na standardy ludów północy. Cóż z tego, skoro był przepyszny! A testowanie słoiczka z dżemem dopiero przede mną.

Kolejnym fascynującym stanowiskiem był Huldubúð, czyli mały, lokalny biznes prowadzony przez Huldę Arnsteinsdóttir. Można było u niej nabyć marmoladę z chili (sic!), pesto czerwone, konfiturę z pomarańczy, broddur (mleko pochodzące od krowy, która na dniach ma spłodzić małe cielątka), czy świeże mięso prosto z farmy.

Oprócz samego kosztowania specjałów, wydarzenie obfitowało w kilka innych atrakcji. Dla dzieci frajdą była fotobudka, dla dorosłych loża piwna, gdzie można było przetestować lokalne, złote nektary. W tym miejscu trzeba wspomnieć, iż w Akureyri znajduje się browar Ölgerðin, który jest producentem piwa Einstök White Ale, wyjątkowego, mętnego piwa pszenicznego z nutką skórki pomarańczowej i kolendry, będącego wielokrotnie nagradzanym na światowych festiwalach. Dodatkowo, swoje stanowisko miało również Muzeum Przemysłowe, które zorganizowało wystawę puszek i innych, wszelakich opakowań po klasykach konserw i przetworów sprzed lat, które wywoływały u niektórych wiele wspomnień.

Bez wątpienia atrakcją dla wszystkich był rozgrywany w międzyczasie konkurs kulinarny na najlepszą przystawkę, danie główne i deser. Zadaniem uczestników pierwszego konkursu było przygotowanie przystawki, w której głównymi składnikami miały być pstrąg alpejski i kalafior. Tematyką dania głównego była jagnięcina. W konkursie na najlepszy deser gwiazdami były ser ricotta i wanilia. We wszystkich kategoriach uczestnicy mieli pół godziny na wykończenie dania i ułożenie na talerzu. Wyglądały elegancko, a do tego, na szczęście, pachniały bosko, aromaty rozchodziły się na całą salę. Restauracja Strikið miała co świętować, bowiem we wszystkich konkursach wygrali jej reprezentanci. Najwyższa pora, żeby znów ją odwiedzić.

W ciągu zaledwie pięciu godzin Festiwal odwiedziło ponad 5 000 osób, czyli około 25% mieszkańców miasta. Podczas tego wydarzenia zebrano również około 8 tys. złotych na rzecz lokalnego stowarzyszenia walki z rakiem.

To było prawdziwe święto dla smakoszy z północy, sama szeroko otworzyłam oczy na widok tylu wspaniałych przysmaków, które stąd pochodzą. I wokół całej tej jałowej dyskusji, która toczy się obecnie w mediach o zezwolenie na import świeżego mięsa z zagranicy, to był dzień celebrowania siły „małej ojczyzny”. Festiwal odbywa się cyklicznie co dwa lata, mogę śmiało powiedzieć: do zobaczenia!

20190316_134115
Sery od MS

20190316_134337
Ot, budyń

20190316_140610
R-rabarbari

20190316_141132
Ciasteczka owsiane

20190316_150708
Wędzona baranina

20190316_150913
Wędzone pstrągi atlantyckie

Keto na Islandii

– czyli zaskakująca popularność diety ketogennej na wyspie

Do napisania tego tekstu skłonił mnie wspomniany w poprzednim wpisie Bolludagur, który już należy do przeszłości. Muszę przyznać, że chyba nadgorliwie podeszłam do tematu asymilacji z narodem islandzkim, bo liczba cztery ptysie w dwa dni wywołała niedowierzanie na twarzy… A może to był podziw? Tak, zdecydowanie.

Rozżalona brakiem entuzjazmu wśród otoczenia zasiadłam do wieczornych wiadomości, a tam jeszcze większe rozczarowanie – gdzie materiały z całego kraju? Gdzie ludzie umazani śmietaną? Pojawili się dopiero w dziewiętnastej minucie.

Reportaż został nakręcony w piekarni w Mosfellsbær – mieście na południu praktycznie przyklejonym do Reykjaviku. Przez weekend wykonano tam 32 000 bollur (samo miasto liczy około 11 000 mieszkańców). Piekarz wyglądający na szefa wszystkich szefów, mówi o swoistym maratonie w pracy, on sam na nogach jest od pierwszej w nocy. Opowiada
(i na moje nieszczęście) prezentuje różne rodzaje kuszących kuleczek. Wtedy pada pytanie od pani dziennikarki: Co z ludźmi na diecie keto? Na twarzy odpowiadającego pana cukiernika widać zaskoczenie z nutką dobrotliwego uśmiechu i po chwili ma już odpowiedź: Dla nich chyba dobrze jeść śmietanę, czyż nie? Sporo jej w bollur (uśmiech). Pani dziennikarka wpadła na doskonałe rozwiązanie problemu: czyli trzeba zrezygnować z ciasta, marmolady i polewy czekoladowej i będzie w porządku? Na to pan piekarz
z pobłażaniem i lekką nutką zniecierprliwienia tudzież poddenerwowania pragnął uciąć te rozważania odpowiadając: Wie pani co… W takim dniu w ogóle nie warto się nad tym zastanawiać.

Coś mi jednak mówi, że jakiś procent Islandczyków tak właśnie zrobiło. Wraz
z wybiciem północy w sylwestrowy wieczór oprócz odpalania fajerwerków, tradycyjnie
w naszych głowach zaczynają kiełkować tzw. postanowienia noworoczne. Wśród nich ten standardowy – zrzucenie kilku zbędnych kilogramów. Najlepiej szybko. A jak szybko, to trzeba podjąć drastyczne środki. Dwa lata temu niezwykle popularny stał się crossfit. Kolejne miejsca do uprawiania tylko tej dyscypliny wyrosły jak grzyby po deszczu,
w samym Akureyri mamy ich dwa (miasto liczy niespełna 20 000 mieszkańców).   

Rok 2019 to dietetyczna nowa era na wyspie. Ketó (czyt. ketoł) zaczęło tutaj przybierać na sile już w zeszłym roku, ale w styczniu, który jest dodatkowo miesiącem weganizmu, społeczeństwo ogarnął szał.  

O samej diecie ketogennej (lub ketogenicznej) wiedziałam przedtem niewiele, głównie
z mediów społecznościowych, i to tylko tyle, że jest to dieta niskowęglowodanowa. Zabrzmiało nieźle – jajka z bekonem i awokado codziennie na śniadanie wierząc, że to pomaga schudnąć to zawsze kusząca opcja. Niestety podczas tej kuracji trzeba pożegnać owsiankę z bananem…

Zajrzyjmy do teorii. Dieta ketogeniczna to, jak już wcześniej wspomniałam, dieta niskowęglowodanowa i wysokotłuszczowa. Była ona stosowana z sukcesami
w zwalczaniu niektórych poważnych chorób, takich jak padaczki lekoopornej u dzieci, cukrzycy, czy Alzheimera. Pojawiło się kilka popularnych diet wysokobiałkowych: Atkinsa, Dukana, paleo. To, co jednak odróżnia dietę ketogeniczną od wcześniej wymienionych to udział procentowy tłuszczu w planie żywieniowym, który oscyluje
w granicach 70%-80%.

Mechanizm tej diety polega wytworzeniu ciał ketonowych, które pojawiają się
w momencie dostarczania do organizmu dużej ilości tłuszczu przy jednocześnie minimalnym udziale węglowodanów. Aby organizm mógł normalnie funkcjonować zużywa niewielką ilość przyjętej glukozy (która przy normalnej, zbilansowanej diecie jest głównym źródłem energii dla ciała) oraz czerpie z zapasów tłuszczu, których człowiek może również używać jako źródła energii w momencie gdy glukoza się skończy.
W momencie trwania tego „postu”, czyli doprowadzenia do stanu ketozy i odcięcia węglowodanów jako dostawcy energii i kontynuacji kuracji, zaczynamy spalać tłuszcz, obniża się poziom insuliny. Kiedy ciała ketonowe zaczynają gromadzić się w krwi, ma miejsce stan ketozy, który objawia się między innymi zmniejszeniem apetytu, co
w rezultacie skutkuje spadkiem wagi i lepszym samopoczuciem.

Wymagania tego stylu są odżywiania są dość surowe. Dzienna dawka węglowodanów oscyluje wokół 50g (to mniej niż bułka…), czasem spada do 20g (to już chyba nawet nie wafelek ryżowy), 70% do 80% to tłuszcze, a 10%-20% to białka.

Jaki to musi być ciężki kawałek (nie)chleba, tak pracować nad ciałem bikini. O ile zmniejszenie węglowodanów (prostych) to nie jest w moim przekonaniu zły pomysł, tak ich wyeliminowanie już zaczyna być niepokojące. Dieta ketogenna powinna być stosowana pod ścisłym nadzorem lekarza. I ufam, że nagle 8 tyś. osób zapisanych na Facebooku do grupy Keto Iceland to zrobiło i wykonuje regularne badania, oczywiście oprócz kupienia biblii ketó autorstwa Gunnara Mára Sigfússona i być może nawet jej przeczytania.

 

53482251_417318792356738_746145942276669440_n
Produkty oznaczone etykietą ketó – supermarket Nettó

W styczniu słowo ketó było już wszędzie. Supermarket Bónus (polska Biedronka, tyle że tutaj mamy do czynienia z zezowatą świnką) oferuje gotowe dania ketó, które trzeba tylko ugotować w domu. Restauracje prześcigają się w ketó menu serwując keto-miski wypełnione islandzką (mam nadzieję) wołowiną, bądź kurczakiem i bekonem. Magazyny kulinarne drukują przepisy. Kiedy zaczął się okres Þorrablót, czyli miesiąc, w którym Islandczycy spożywają właśnie słynne owcze głowy i baranie jądra (ale nie codziennie i nie całymi dniami), w poważanych mediach pojawił się artykuł w tonie uspokajającym: „Tradycyjne jedzenie odpowiada zasadom diety keto”. Niestety w artykule Gunnar Már przestrzega przed chlebem
i ziemniakami, czyli ostatecznie wcale tak różowo nie jest… Ale i na to znalazło się rozwiązanie. Wystarczy zamiast musu z ziemniaków zrobić jego odpowiednik z brokuła lub kalafiora!

 

Islandczycy musieli podejść do tego poważnie, bo niedawno w tych samych mediach pojawiła się wzmianka o kończących się zapasach kalafiora w magazynach importera, firmy Bananar ehf. Trzeba było wysłać specjalny samolot aż do Holandii, żeby oddalić zagrożenie jego deficytu. Prezes Bananar ehf. mówi o nawet 60% wzroście sprzedaży kalafiora w ostatnim czasie. Odnotowano zdecydowanie większe zainteresowanie takimi warzywami jak: brokuł, cukinia, czy bakłażan, ponieważ zawierają one nieznaczną zawartość węglowodanów.

Rosnące jak na drożdżach zyski liczą przede wszystkim dystrybutorzy mięsa, jajek
i serów. Ta dobra passa trwa już kilka miesięcy, a porównując styczeń 2018 ze styczniem 2019 różnica ta wynosi około 20%. Mleczarnia MS zauważyła zdecydowany wzrost sprzedaży serka ziołowego, który keto-ludzie podgryzają jako przekąskę. Prezes firmy Stjörnugrís, zajmującej się produkcją wędlin i dań mięsnych przyznaje, że zakład otrzymuje ogromną ilość pytań związanych z dietą i, jak najbardziej, jego firma będzie odpowiadać na zapotrzebowanie rynku.

52436937_1902019233257742_3420708221654925312_o
Reklama produktów keto-friendly

Słowo ketó zaczęło atakować nas wszędzie. Wyskakuje z lodówki (dosłownie). Sklepy prześcigają się w oferowaniu jak najszerszej gamy produktów odpowiadających wymaganiom kuracji. Ketó – zamiast dietą, która musi być stosowana pod nadzorem lekarza, stało się już nawet nie stylem życia, ale modą.

 

Niedawno w regionalnym tygodniku pojawił się niezwykle interesujący felieton autorstwa Àsgeira Ólafssona, trenera personalnego w Akureyri. Jest to głos rozsądku, który pragnie ugasić ogień jakim jest moda na ketó. Kiedyś wrogiem numer 1 był cukier. Jest nadal, oczywiście, ale przestał się dobrze sprzedawać. Teraz cukier został wchłonięty w całą gamę produktów węglowodanowych, które są zakazane przez ketó-reżim. Jesteśmy ludźmi, którzy uwielbiają jeść. Nawet ketó-ludzie kiedyś zjedzą tego pieczonego ziemniaka, wypiją piwo, posmarują tosta dżemem po kilku miesiącach postu. I zrobią to znowu. I znowu. I za rok będą szukali kolejnej kuracji pozwalającej
na osiągnięcie jak najszybszych rezultatów, bo pojawił się efekt jo-jo. Ketó jest tylko kolejnym trendem, który nakręca całą spiralę biznesu, a nas zamyka w więzieniu błędnych przekonań, że węglowodany są naszym wrogiem. Puentą artykułu jest odwołanie się do ludzkiej wyobraźni i nawoływanie do odzyskania samodzielnego myślenia. To ty sterujesz swoją dietą, nikt inny. Fakt, że połowa twoich kolegów jest na ketó, nie oznacza, że ty też musisz. Jedzenie, którego potrzebujemy do życia, nigdy nie powinno być kwestią mody.

53881470_2192262681036340_1324752035039412224_n
Przepisy zamieszczone w dwóch tegorocznych wydaniach magazynu kulinarnego Gestgjafinn

Nie wiem jak wy, ale ja bym się poddenerwowała na ketó-ludzi, gdybym poszła po jajka, a na półce pusto… Z drugiej strony, bezkarne objadanie się masłem orzechowym też ma jakieś plusy… Swoją drogą jestem bardzo ciekawa co dietetyczne rekiny biznesu przygotują dla nas na następny rok? Ja bym się najbardziej ucieszyła z braku cukru
i syropu glukozowego w chlebie i bekonie.

 

 

Bolla, bolla!

Wolna niedziela, za oknem zimowa plucha, bo śnieżnym puchem przy dodatniej temperaturze tego nazwać nie można. Nastawiłam właśnie ciasto na domowe bułki do hamburgerów, na które już mi ślinka cieknie od paru dni. Tak naprawdę tylko dlatego, że znalazłam gotowe mięso w zamrażarce, a robię tam teraz czystkę przed jej rozmrożeniem i umyciem. Delikatnie rzecz ujmując, ciasto nie urosło. To kolejny nieudany wypiek, po islandzkich ptysiach, które w zeszłym roku wyszły idealne, tak w tym dwa razy coś poszło nie tak i wylądowały w „chlebowej” zapiekance…

Wtedy włączyłam Netflixa z kubkiem czarnego diabła i zaatakował mnie ogromny tytuł: Isn’t it romantic? Tak, tego mi było trzeba. Głupot na odmóżdżenie. Nie mam już ochoty na bycie idealną panią domu, pójdę później do piekarni po bułki (tak, na Islandii piekarnie są w niedzielę otwarte). W dużym skrócie film opowiada o dziewczynie, której życie po niefortunnym uderzeniu w głowie zmienia się w komedię romantyczną których, notabene, nienawidzi. Jak bardzo kiczowate dla niej jest przerwanie czyjejś ceremonii ślubnej, sama znajdzie się w tej sytuacji. Ale w momencie, gdy powinna powiedzieć: I love you, mówi: I love…me. !!! Wybiega z kościoła, kradnie ślubną karocę w postaci czerwonego, sportowego samochodu i (niestety) po kolejnym uderzeniu w głowę wraca do swojego śmierdzącego Nowego Jorku, ale już odmieniona. W pracy nie daje sobą pomiatać i sprowadza swoich współpracowników do parteru
– just do your job – nie będę wyrzucać twoich śmieci. Koniec końców film jest typową komedią romantyczną, ale pozostawia po sobie fajny posmaczek. Jakkolwiek to śmieszne i hollywoodzkie, zebrałam się z kanapy, pomalowałam usta, napisałam do narzeczonego, który był w pracy, że idę na randkę sama z sobą.

Weszłam do mojej ulubionej piekarni, a tam jak zwykle gwar, ale widzę puste stoliki. I wtedy moim oczom ukazały się one…

Bolludagur, czyli dzień bułeczek, przypada akurat jutro, 4 marca, jest to zawsze poniedziałek przed Popielcem. Jeśli powiem, że zasady gry w tym dniu są takie same jak w Polsce w Tłusty Czwartek, to w 90% wiadomo o co chodzi – żeby zjeść jak najwięcej bollur. Przerwa na kącik gramatyczny: bolla = 1 sztuka, czyli liczba pojedyncza, bollur = tyle, ile zdołasz zjeść, ale więcej niż niż 1 sztuka, czyli liczba mnoga.

Vatnsdeigsbolla

Tak bardzo chciałam uniknąć tłumaczenia bollur na język polski,
ale najbliżej chyba będzie im do ptysi. Ciasto kroi się na pół i wypełnia bitą śmietaną, która może mieć różny smak: truskawkowa, karmelowa, o smaku nutelli… Klasyczna wersja to jednak vatnsdeigsbolla (czyli ciasto parzone)
z marmoladą, bezsmakową bitą śmietaną i glazurą czekoladową na górze. Innym, bardzo popularnym wariantem jest gerbolla, czyli mała drożdżowa bułeczka, również wypełniona najczęściej dżemem i bitą śmietaną.
Na ostatnim miejscu mojego subiektywnego podium plasuje się berlinarbolla, której wyglądem najbliżej jest do naszego pączka, nie jest ona jednak aż tak głęboko smażona i jest delikatniejsza w smaku.

Islandzkie piekarnie prześcigają się w ich wyglądzie i wariantach smakowych. Mimo, że Bolludagur oczywiście trwa oficjalnie jeden dzień, jak nazwa na to wskazuje (dagur – dzień), to mówi się o bolluhelgi, czyli weekendzie. Ptysie są już dostępne w sklepach i piekarniach mniej więcej od środy, ale apogeum oczywiście przypada na poniedziałek. W firmach celebruje się bollukaffi, wszyscy rozmawiają tylko o ptysiach. Co ciekawe,
w przeciwieństwie do polskich pączków, które można kupić zawsze, vatnsdeigsbollur, czy gerbollur są dostępne tylko w tym okresie. Po prostu nie wypada ich jeść kiedy indziej. Tak jak na przykład… mazurek na Wielkanoc. Dziwnie byłoby jeść mazurka w adwencie.. A w wakacje? Odrobinę niekonwencjonalne, ale też nie zakazane.

Równanie jest więc proste, x=tyle, ile zdołasz zjeść. Moje oczy przyciągnęła witryna za którą były przeróżne, uśmiechające się do mnie ptysie. Serce zabiło na widok słowa Baileys i amaretto, wybór padł ostatecznie na Baileys pudding. Amaretto trafiło do pudełka na wynos…

Bolludagur ma swoje korzenie w duńskich lub norweskich obrzędach, które dotarły na Islandię w drugiej połowie XIX wieku, prawdopodobnie dzięki piekarzom, którzy zaczęli przybywać na wyspę. Nazwa Bolludagur została po raz pierwszy odnotowana w 1910 roku. Jak dzieci proszą rodziców
o jedną bułeczkę? Przygotowują kolorowe „rózgi”, którymi uderzają ich
w pośladki krzycząc: „Bolla, bolla!” – jeden klaps = jeden ptyś. Tak rzecze historia, ja nigdy tego nie widziałam, może za mało jeszcze widziałam…

Vatnsdeigsbolla z… karmelowym popcornem

Ale lubię zacierać rączki mamrocząc pod nosem bolla, bolla, bo to rzecz wyczekiwana przez wszystkich, wywołująca uśmiech na twarzy każdego bez względu na wiek, czy upodobania smakowe. Bo oprócz słodkiej wersji dość praktykowane jest jedzenie pulpetów wołowych, czy rybnych. I być może taki ptyś to nic takiego..i nie każdy mógłby je jeść codziennie to jest tak jak z pączkami – nie wszyscy je uwielbiamy, ale ze świecą szukać tego, kto pączka w Tłusty Czwartek nie zjadł. Bolludagur to jeden z tych dni
w roku, gdzie czuję się tak bardzo… zasymilowana. Chcę się dzielić ich radością, ich zniecierpliwieniem w oczekiwaniu na bollukaffi, w ich smakowaniu się każdym kęsem. To nasza, wspólna radość, nasze oczekiwanie, nasze delektowanie się, nasza buzia umorusana w śmietanie.
I nasz wspólny, narodowy ból brzucha i kac moralny.

Od wtorku dieta? Nic bardziej mylnego! Po tłustym poniedziałki pora na Ostatki, czyli Sprengidagur, islandzki odpowiednik Mardi Gras. W tym dniu chodzi właśnie o to, że pękać z przejedzenia. Að sprengja – wybuchnąć.
Ze źródła z XVIII wieku dowiadujemy się, że lud pracowniczy dostawał do jedzenia tyle wędzonej jagnięciny, że nie tykali jej aż do Wielkanocy. Zwyczaj ten wywodzi się z tradycji katolickiej, w której właśnie w okolicach tego dnia żegnano się z mięsem na czas Wielkiego Postu. Sto lat później już mówi się o saltkjöt og baunir – czyli o zupie z żółtego grochu, do której dodaje się kawałki solonego mięsa. Próbowałam. Nie jestem fanem,
ale Islandczykom ślinka cieknie na samą myśl, podniecenie narasta wraz
z zapachem, w końcu każda restauracja/stołówka serwuje tego dnia to danie. Na ulicy słychać tylko saltkjöt og baunir, a wieczorami wszyscy umieramy z przejedzenia, ja pewnie wybiorę coś innego z mięsnego menu.

Środa Popielcowa, czyli Öskudagur potocznie nazywany jest islandzkim Haloween. Dzieci przebierają się w różne kostiumy, chodzą ulicami miasta, odwiedzają sklepy i instytucje zbierając do worków słodycze. Dostaną je oczywiście tylko wtedy, jak na nie zasłużą, czyli coś zaśpiewają. Drżę na samą myśl co będzie się działo w pracy w środę. Czas zbierać po domu cukierki…

Ostatnia niedziela karnawału, Bolludagur i Sprengidagur razem tworzą Föstuinngangur, czyli wejście w post. Jak się żegnać z obżarstwem, to
w wielkim stylu i to akurat Islandczykom się udaje. Mimo, że w poście specjalnie nie poszczą. Ale tradycja rzecz święta. Nawet ja jakoś dziwnie ubolewam nad faktem, że moja druga połówka ma trudności z jej przestrzeganiem. Bo nie lubi bitej śmietany. Jak można zjeść ptysia BEZ bitej śmietany? I to islandzkiej bitej śmietany, która jest przepyszna? To tak, jak nie zjeść pączka w Tłusty Czwartek. Ale dla takich dziwaków wymyślono puste bułeczki, które można wypełnić w domowym zaciszu czym dusza zapragnie.

Dzięki takim dniom jak Bolludagur, czy Tłusty Czwartek rozumiem jeszcze silniej czym jest Tradycja. Bo w inne dni w roku taki ptyś to nic takiego.
Ni ziębi, ni parzy. Na pewno nie wybrałabym go na deser z miliona innych wariantów. Zapominam, że w ogóle istnieje. Ale chcę płynąć z tym prądem. Jak trzeba to trzeba. W Bolludagur trzeba zjeść ptysia i już. To tak, jakby
w Wigilię nie zjeść serniczka (bo karpia można nie jeść, wiem
z doświadczenia).

W tej piekarni, tego niedzielnego szarego popołudnia, byłam jak Phil Rosenthal z netflixowej serii Somebody Feed Phil, który jak pięcioletnie dziecko uśmiecha się szeroko poznając kolejne nowe smaki (swoją drogą, ciekawe ile robi kardio, żeby to wszystko spalać na bieżąco), który
w każdym odcinku podkreśla, że jedzenie to przede wszystkim ludzie. Jedzenie nas jednoczy. Właśnie dlatego chcę być z nimi i dzielić tę radość, szczególnie wtedy, gdy w kącikach ust zostaje mi bita śmietana na później. Prawie każdy na talerzyku miał bułeczkę. Jak nie na obiad, to na deser. Jak nie na miejscu, to na wynos. Szacuje się, że w te największe dni, niedzielę
i poniedziałek, Islandczycy jedzą około miliona bollur. Dla przypomnienia: Islandia liczy ok. 380 000  wygłodniałych buziulek. Miło być częścią tego miliona, nawet w jakimś nikłym procencie (szacuję, że zjem 3 sztuki,
w porywach do 4, razem z niedzielną.

Randkę z samą sobą uważam za udaną. Chyba znów się umówimy. I już zapomniałam o kulinarnych porażkach, których było znacznie więcej
w tym tygodniu. Do x razy sztuka. Bolla, bolla!