Bolla, bolla!

Wolna niedziela, za oknem zimowa plucha, bo śnieżnym puchem przy dodatniej temperaturze tego nazwać nie można. Nastawiłam właśnie ciasto na domowe bułki do hamburgerów, na które już mi ślinka cieknie od paru dni. Tak naprawdę tylko dlatego, że znalazłam gotowe mięso w zamrażarce, a robię tam teraz czystkę przed jej rozmrożeniem i umyciem. Delikatnie rzecz ujmując, ciasto nie urosło. To kolejny nieudany wypiek, po islandzkich ptysiach, które w zeszłym roku wyszły idealne, tak w tym dwa razy coś poszło nie tak i wylądowały w „chlebowej” zapiekance…

Wtedy włączyłam Netflixa z kubkiem czarnego diabła i zaatakował mnie ogromny tytuł: Isn’t it romantic? Tak, tego mi było trzeba. Głupot na odmóżdżenie. Nie mam już ochoty na bycie idealną panią domu, pójdę później do piekarni po bułki (tak, na Islandii piekarnie są w niedzielę otwarte). W dużym skrócie film opowiada o dziewczynie, której życie po niefortunnym uderzeniu w głowie zmienia się w komedię romantyczną których, notabene, nienawidzi. Jak bardzo kiczowate dla niej jest przerwanie czyjejś ceremonii ślubnej, sama znajdzie się w tej sytuacji. Ale w momencie, gdy powinna powiedzieć: I love you, mówi: I love…me. !!! Wybiega z kościoła, kradnie ślubną karocę w postaci czerwonego, sportowego samochodu i (niestety) po kolejnym uderzeniu w głowę wraca do swojego śmierdzącego Nowego Jorku, ale już odmieniona. W pracy nie daje sobą pomiatać i sprowadza swoich współpracowników do parteru
– just do your job – nie będę wyrzucać twoich śmieci. Koniec końców film jest typową komedią romantyczną, ale pozostawia po sobie fajny posmaczek. Jakkolwiek to śmieszne i hollywoodzkie, zebrałam się z kanapy, pomalowałam usta, napisałam do narzeczonego, który był w pracy, że idę na randkę sama z sobą.

Weszłam do mojej ulubionej piekarni, a tam jak zwykle gwar, ale widzę puste stoliki. I wtedy moim oczom ukazały się one…

Bolludagur, czyli dzień bułeczek, przypada akurat jutro, 4 marca, jest to zawsze poniedziałek przed Popielcem. Jeśli powiem, że zasady gry w tym dniu są takie same jak w Polsce w Tłusty Czwartek, to w 90% wiadomo o co chodzi – żeby zjeść jak najwięcej bollur. Przerwa na kącik gramatyczny: bolla = 1 sztuka, czyli liczba pojedyncza, bollur = tyle, ile zdołasz zjeść, ale więcej niż niż 1 sztuka, czyli liczba mnoga.

Vatnsdeigsbolla

Tak bardzo chciałam uniknąć tłumaczenia bollur na język polski,
ale najbliżej chyba będzie im do ptysi. Ciasto kroi się na pół i wypełnia bitą śmietaną, która może mieć różny smak: truskawkowa, karmelowa, o smaku nutelli… Klasyczna wersja to jednak vatnsdeigsbolla (czyli ciasto parzone)
z marmoladą, bezsmakową bitą śmietaną i glazurą czekoladową na górze. Innym, bardzo popularnym wariantem jest gerbolla, czyli mała drożdżowa bułeczka, również wypełniona najczęściej dżemem i bitą śmietaną.
Na ostatnim miejscu mojego subiektywnego podium plasuje się berlinarbolla, której wyglądem najbliżej jest do naszego pączka, nie jest ona jednak aż tak głęboko smażona i jest delikatniejsza w smaku.

Islandzkie piekarnie prześcigają się w ich wyglądzie i wariantach smakowych. Mimo, że Bolludagur oczywiście trwa oficjalnie jeden dzień, jak nazwa na to wskazuje (dagur – dzień), to mówi się o bolluhelgi, czyli weekendzie. Ptysie są już dostępne w sklepach i piekarniach mniej więcej od środy, ale apogeum oczywiście przypada na poniedziałek. W firmach celebruje się bollukaffi, wszyscy rozmawiają tylko o ptysiach. Co ciekawe,
w przeciwieństwie do polskich pączków, które można kupić zawsze, vatnsdeigsbollur, czy gerbollur są dostępne tylko w tym okresie. Po prostu nie wypada ich jeść kiedy indziej. Tak jak na przykład… mazurek na Wielkanoc. Dziwnie byłoby jeść mazurka w adwencie.. A w wakacje? Odrobinę niekonwencjonalne, ale też nie zakazane.

Równanie jest więc proste, x=tyle, ile zdołasz zjeść. Moje oczy przyciągnęła witryna za którą były przeróżne, uśmiechające się do mnie ptysie. Serce zabiło na widok słowa Baileys i amaretto, wybór padł ostatecznie na Baileys pudding. Amaretto trafiło do pudełka na wynos…

Bolludagur ma swoje korzenie w duńskich lub norweskich obrzędach, które dotarły na Islandię w drugiej połowie XIX wieku, prawdopodobnie dzięki piekarzom, którzy zaczęli przybywać na wyspę. Nazwa Bolludagur została po raz pierwszy odnotowana w 1910 roku. Jak dzieci proszą rodziców
o jedną bułeczkę? Przygotowują kolorowe „rózgi”, którymi uderzają ich
w pośladki krzycząc: „Bolla, bolla!” – jeden klaps = jeden ptyś. Tak rzecze historia, ja nigdy tego nie widziałam, może za mało jeszcze widziałam…

Vatnsdeigsbolla z… karmelowym popcornem

Ale lubię zacierać rączki mamrocząc pod nosem bolla, bolla, bo to rzecz wyczekiwana przez wszystkich, wywołująca uśmiech na twarzy każdego bez względu na wiek, czy upodobania smakowe. Bo oprócz słodkiej wersji dość praktykowane jest jedzenie pulpetów wołowych, czy rybnych. I być może taki ptyś to nic takiego..i nie każdy mógłby je jeść codziennie to jest tak jak z pączkami – nie wszyscy je uwielbiamy, ale ze świecą szukać tego, kto pączka w Tłusty Czwartek nie zjadł. Bolludagur to jeden z tych dni
w roku, gdzie czuję się tak bardzo… zasymilowana. Chcę się dzielić ich radością, ich zniecierpliwieniem w oczekiwaniu na bollukaffi, w ich smakowaniu się każdym kęsem. To nasza, wspólna radość, nasze oczekiwanie, nasze delektowanie się, nasza buzia umorusana w śmietanie.
I nasz wspólny, narodowy ból brzucha i kac moralny.

Od wtorku dieta? Nic bardziej mylnego! Po tłustym poniedziałki pora na Ostatki, czyli Sprengidagur, islandzki odpowiednik Mardi Gras. W tym dniu chodzi właśnie o to, że pękać z przejedzenia. Að sprengja – wybuchnąć.
Ze źródła z XVIII wieku dowiadujemy się, że lud pracowniczy dostawał do jedzenia tyle wędzonej jagnięciny, że nie tykali jej aż do Wielkanocy. Zwyczaj ten wywodzi się z tradycji katolickiej, w której właśnie w okolicach tego dnia żegnano się z mięsem na czas Wielkiego Postu. Sto lat później już mówi się o saltkjöt og baunir – czyli o zupie z żółtego grochu, do której dodaje się kawałki solonego mięsa. Próbowałam. Nie jestem fanem,
ale Islandczykom ślinka cieknie na samą myśl, podniecenie narasta wraz
z zapachem, w końcu każda restauracja/stołówka serwuje tego dnia to danie. Na ulicy słychać tylko saltkjöt og baunir, a wieczorami wszyscy umieramy z przejedzenia, ja pewnie wybiorę coś innego z mięsnego menu.

Środa Popielcowa, czyli Öskudagur potocznie nazywany jest islandzkim Haloween. Dzieci przebierają się w różne kostiumy, chodzą ulicami miasta, odwiedzają sklepy i instytucje zbierając do worków słodycze. Dostaną je oczywiście tylko wtedy, jak na nie zasłużą, czyli coś zaśpiewają. Drżę na samą myśl co będzie się działo w pracy w środę. Czas zbierać po domu cukierki…

Ostatnia niedziela karnawału, Bolludagur i Sprengidagur razem tworzą Föstuinngangur, czyli wejście w post. Jak się żegnać z obżarstwem, to
w wielkim stylu i to akurat Islandczykom się udaje. Mimo, że w poście specjalnie nie poszczą. Ale tradycja rzecz święta. Nawet ja jakoś dziwnie ubolewam nad faktem, że moja druga połówka ma trudności z jej przestrzeganiem. Bo nie lubi bitej śmietany. Jak można zjeść ptysia BEZ bitej śmietany? I to islandzkiej bitej śmietany, która jest przepyszna? To tak, jak nie zjeść pączka w Tłusty Czwartek. Ale dla takich dziwaków wymyślono puste bułeczki, które można wypełnić w domowym zaciszu czym dusza zapragnie.

Dzięki takim dniom jak Bolludagur, czy Tłusty Czwartek rozumiem jeszcze silniej czym jest Tradycja. Bo w inne dni w roku taki ptyś to nic takiego.
Ni ziębi, ni parzy. Na pewno nie wybrałabym go na deser z miliona innych wariantów. Zapominam, że w ogóle istnieje. Ale chcę płynąć z tym prądem. Jak trzeba to trzeba. W Bolludagur trzeba zjeść ptysia i już. To tak, jakby
w Wigilię nie zjeść serniczka (bo karpia można nie jeść, wiem
z doświadczenia).

W tej piekarni, tego niedzielnego szarego popołudnia, byłam jak Phil Rosenthal z netflixowej serii Somebody Feed Phil, który jak pięcioletnie dziecko uśmiecha się szeroko poznając kolejne nowe smaki (swoją drogą, ciekawe ile robi kardio, żeby to wszystko spalać na bieżąco), który
w każdym odcinku podkreśla, że jedzenie to przede wszystkim ludzie. Jedzenie nas jednoczy. Właśnie dlatego chcę być z nimi i dzielić tę radość, szczególnie wtedy, gdy w kącikach ust zostaje mi bita śmietana na później. Prawie każdy na talerzyku miał bułeczkę. Jak nie na obiad, to na deser. Jak nie na miejscu, to na wynos. Szacuje się, że w te największe dni, niedzielę
i poniedziałek, Islandczycy jedzą około miliona bollur. Dla przypomnienia: Islandia liczy ok. 380 000  wygłodniałych buziulek. Miło być częścią tego miliona, nawet w jakimś nikłym procencie (szacuję, że zjem 3 sztuki,
w porywach do 4, razem z niedzielną.

Randkę z samą sobą uważam za udaną. Chyba znów się umówimy. I już zapomniałam o kulinarnych porażkach, których było znacznie więcej
w tym tygodniu. Do x razy sztuka. Bolla, bolla!