Hjónabandssæla – czyli rabarbarowy paradoks

Z rabarbarem na Islandii związana jest jedna rzecz, której pewnie nigdy nie zrozumiem. Magiczna. Rabarbar jest, ale go nie ma. Mamy dżemy, ciasta, syropy, puddingi i inne cuda, ale rabarbaru w sklepie nie znajdziesz. Nie jest uprawiany na skalę przemysłową i dowożony do sklepów. Jakim cudem zatem, prawie każda islandzka gospodyni posiada w zamrażarce kilogramową paczkę rabarbaru na tzw. zimową „czarną godzinę”, gdy zabraknie dżemu do gofrów?

Są na świecie szczęśliwcy, którzy mają w ogródku krzaki z bujnym, zielonym upierzeniem i pięknymi, czerwonymi łodyżkami. Chętnie się dzielą ich owocami z nieszczęśnikami, którzy mieszkają w blokach, takimi jak ja. Wystarczył jeden post na Facebooku, i w ten sposób w zeszłym roku „dorobiłam się” 10 kg i podobno mam jeszcze prawie 2 kg w zaprzyjaźnionej zamrażarce, bo moja już nie unosi takich ciężarów. Szczególnie z zapasem lodów,  mrożonych bananów i chleba. #nowaste. 

Czerwiec jest szczególnym miesiącem w dla Islandczyków. Zaczynają się wakacje, a wraz z nimi podróże kamperami po kraju z cichą modlitwą na ustach o dobrą pogodę. W tym miesiącu również, dokładnie 17 czerwca 1944 roku, Islandia ogłosiła się republiką i oficjalnie zakończyła unię personalną z Danią, która trwała od 1918 roku. Tego dnia około 25 000 ludzi zebrało się w Þingvellir (w tym miejscu odbywały się historyczne, pierwsze posiedzenia parlamentu), gdzie mówca parlamentu ogłosił, że od tej pory w życie wchodzi islandzka konstytucja. Cały naród hucznie celebrował to wydarzenie i kontynuuje tę tradycję do dnia dzisiejszego, ponieważ jest to święto narodowe, czyli wolne od pracy. W całym kraju mają miejsce różne marsze, pochody, przedstawienia oraz inne atrakcje, również dla dzieci.

Nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności, aby przygotować dla Was chyba jeden z „najbardziej islandzkich” przepisów jakie znam z rabarbarem w roli głównej. Hjónabandssæla to w wolnym tłumaczeniu małżeńskie szczęście, błogość. Jakkolwiek niespodziewanie to brzmi, niezmierzona otchłań Internetu nie potrafiła opowiedzieć mi o historii tego ciasta. Istnieją jednak dwie teorie: hjónabandssæla jest najlepszą rzeczą jaką żona może upiec dla swojego męża, lub ma być tak słodka, jak słodkie jest małżeństwo! Z odrobiną rabarbarowego kwasu – ten też się czasem w życiu pojawia 😉

fullsizeoutput_4
Hjónabandssæla

 

Nie ma jednego, uniwersalnego przepisu na to ciasto, każda gospodyni ma swój własny sekret. W każdym domu będzie ono smakowało inaczej, ale każdy Islandczyk je rozpozna nawet zanim skosztuje. Czasem używana jest margaryna, innym razem masło, opcja z jajkiem lub bez, mogą się pojawić też wiórki kokosowe. Smak dżemu rabarbarowego ma również znaczenie, poziom słodyczy zapewne różni się w każdym domu. Ja zaprezentuję Wam wegańską wersję tego cuda, przygotowanie zajmuje około 40 minut z pieczeniem i, przy dobrych wiatrach, również z myciem naczyń…

Hjónabandssæla – przepis na małą formę 21cm x 21cm (żaroodporne naczynie z Ikei)

Składniki:

125g wegańskiego masła/margaryny (na Islandii użyłam marki Naturli)

1 szklanka mąki (np. pszenna, orkiszowa jasna, migdałowa. Najlepiej wypadła mieszanka obu; nie polecam mąki gryczanej, gdyż zmienia znacząco smak)

1 szklanka płatków owsianych górskich

0,5 szklanki cukru kokosowego

0,5 łyżeczki sody oczyszczonej

Opcjonalnie: 0,5 szklanki wiórków kokosowych – trzeba jednak uważać podczas pieczenia, ponieważ kokos szybko się przypala, można wtedy nakryć ciasto folią aluminiową i kontynuować pieczenie.

Dżem rabarbarowy (ja użyłam domowego, który zrobiłam rok temu słodząc nektarem kokosowym i daktylami)

Wykonanie:

Masło roztapiamy (wersja dla leniwych, czyli mnie: w mikrofalówce), odstawiamy na chwilę do wystygnięcia. W dużej misce mieszamy wszystkie suche składniki, na koniec wlewając roztopiony tłuszcz. Wyrabiamy ciasto ręką (raczej je „sklejamy”. Natłuszczamy formę. Wylepiamy dno formy ciastem zostawiając 1/3 na wierzch. Na dnie ciasta rozsmarowujemy łyżką dżem. Dobrze jest na ten czas wsadzić pozostałą część do lodówki, żeby kruszonka była bardziej zwarta, nawet na kilka minut, po czym sypiemy ją na dżem. Ciasto nie będzie wysokie, będzie bardziej przypominało krajankę. Pieczemy ok. 25-30 minut w 180 stopniach, sprawdzamy, czy ciasto jest zarumienione. Jeśli się przypala, przykrywamy folią. Mnie najlepiej smakuje z czarną kawą, mojemu Wikingowi ze szklanką zimnego, bynajmniej nie wegańskiego mleka, ale wiadomo nie od dziś, że islandzkie świeże krowie mleko jest doskonałe 😉

fullsizeoutput_2
Małżeńskie szczęście

Kleinur, ástarpungar… czyli dobrze wysmażone

Muszę Wam się szczerze przyznać, że nie jestem jakąś zagorzałą fanką tych smażonych pączusi. W kulinarnej kulturze Islandii zajmują jednak bardzo ważne miejsce, dlatego nie sposób o nich zapomnieć na początku przygody z blogiem o islandzkiej kuchni. Do ástarpungar mam jednak sentyment, ponieważ był to pierwszy tradycyjny wypiek, który kupiłam w dziś już ulubionej piekarni w Akureyri. Otóż… nie powalił mnie, bo czułam sam tłuszcz i spalone rodzynki. Nic dziwnego, skoro powinny być jedzone „na świeżo”, czyli zaraz po usmażeniu i jeszcze ciepłe… Wtedy smakują najlepiej. Ástarpungur to dosłownie „miłosne kulki”. Są to małe, okrągłe pączusie z rodzynkami (podobne do tych z ricotty), których surowe ciasto powinno być odrobinę większe od orzecha włoskiego. Smażone są przez kilka minut w głębokim tłuszczu. Ást po islandzku oznacza miłość. Szkoda, że póki co, nie odwzajemniona. Ich historia na Islandii ma już ponad wiek. Co ciekawe, w trakcie przeczesywania sieci natrafiłam na bardzo interesującą rzecz. Otóż pungur to po islandzku…moszna, czyli męski organ płciowy, skąd prawdopodobnie wzięła się nazwa tego delikwenta. W sumie, gdyby tak się przypatrzeć…

Straciły jednak one na popularności na rzecz kleinur, zdecydowanie bardziej przyjaznych do przechowywania dłużej niż jeden dzień.

20190603_175646
Ástarpungur – miłosna kuleczka

Kleinur to również małe pączki, które kształtem bardzo przypominają polskie chrusty/faworki. Nie są one jednak chrupiące, lecz grube, jak pączki bez nadzienia. Wyrobione ciasto jest następnie rolowane i kleinur wycina się specjalnie zakończonym nożem-kołowrotkiem (czyt. mechanizm noża do pizzy) w romby tudzież kokardki – jak zwał, tak zwał. Następnie brzegi są zawijane do środka (analogicznie jak w chrustach), aby zapobiec sytuacji, w której w środku będą surowe kiedy już będą usmażone od zewnątrz. Podobnie jak ástarpungar, wrzucane są na głęboki tłuszcz i w czasie tych kilku minut smażenia bardzo wyrastają.

20190603_175746
Kleina

20190603_175829
Kleina

Pierwszy przepis na kleinur pojawił się w druku w 1800 roku. Słowu kleina najbliżej do niemieckiego klein, które oznacza po prostu mały. W teraźniejszej formie pochodzą z rejonów północno-zachodniej Europy, szczególnie północnych Niemiec, południowej Szwecji i Danii, gdzie źródła średniowieczne wskazują na to, że to bożonarodzeniowy przysmak. W Norwegii podobny wypiek nazywa się fattingmenn, w USA to słynne donuty. Dzięki temu ostatniemu porównaniu koncept kleinur zapewne będzie Wam bliższy.

Pradawne tropy  wskazują, że coś podobnego do kleinur mogło już być znane przed rokiem 1800, o czym świadczy znaleziony nóż do wycinania ciasta z kości wieloryba. Obecnie jest to „codzienna” przekąska, dostępna zawsze w piekarniach lub supermarketach. Coraz rzadziej są smażone w domach, gdyż aromat tłuszczu może unosić się w powietrzu dłużej niż byśmy tego chcieli…

Kleinur nigdy nie są posypywane cukrem pudrem, najlepsze są jeszcze ciepłe. Większość starych przepisów zawiera kardamon, teraz jest najczęściej zastępowany aromatem waniliowym lub cytrynowym. Nowością jest kleina cała zanurzona w czekoladzie, która, wbrew tradycji i zdrowemu rozsądkowi, chyba mi smakuje bardziej 😉 Można śmiało stwierdzić, że kleinur ma status naszych pączków (choć są zdecydowanie mniejsze), kupowane najczęściej na drugie śniadanie lub podwieczorek i serwowane na przyjęciach obok gofrów jako „must have”, szczególnie wśród starszego pokolenia.

A Wy? Mieliście okazję spróbować kiedyś tradycyjnych islandzkich wypieków?

 

 

 

Mądrość ukryta w czekoladzie – Páskaegg

Okrutna prawda jest taka, że im później w danym roku wypadają święta Wielkanocne, tym większa szansa, że nie pójdę na święconkę w kozakach. Dopiero co otrząsnęłam się po Bożym Narodzeniu, dojadam Milki, przywiezione z Polski, których termin przydatności do spożycia nieuchronnie się zbliża, a islandzkie markety już od początku lutego każą mi kupować czekoladowe jajka! Jaja, właściwie, ze względu na rozmiary, jakie mogą posiadać. Ich historia nie ma w sobie nic romatycznego. Przybyły na wyspę na początku XX wieku i podbiły serca Islandczyków, którzy stworzyli swoją, unikalną wersję.

paskaegg1

Na Islandii nie ma utrwalonych zwyczajów wielkanocnych, oprócz tego jednego. Na każde dziecko w gospodarstwie domowym przypada przynajmniej jedno czekoladowe jajo, których, tak wyglądających, nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie. Pierwsze słowo, jakie przyszło mi na myśl, kiedy po raz pierwszy je zobaczyłam, to kicz i powrót lat dziewięćdzesiątych. Z puchatym, sztucznym kurczaczkiem na czubku i plastikową kwiatową dekoracją na środku. Kupiliśmy z przyjaciółmi jedno z czystej ciekawości. Odkąd jednak przeprowadziłam się na Islandię zaczęłam darzyć je większym szacunkiem, być może właśnie dlatego, że są tak wyjątkowe i traktowane bardzo serio. Pracując na Islandii możecie być niemal na sto procent pewni, że na kilka dni przed świętami wyjdziecie z „małym” prezentem, jakim jest czekoladowe jajo, najczęściej o rozmiarze 4 (około 300 gram dietetycznego zła). Smakowo nie są dla mnie niestety mistrzostwem czekoladowego rzemiosła, islandzkie słodycze są dla mnie za słodkie, po islandzkich ciastach boli mnie szczęka, a cukier skacze jak na trampolinie.

Spytacie: to jaja mają jakiś rozmiar? Mają. Twój stopień zajebistości rośnie wraz z rozmiarem czekoladowego jaja. Najmniejsze jajko mieści się w garści, takie na raz, do kawki. Nie prezentuje się ono jednak tak dobrze jak pozostałe, jest po prostu zawinięte w sreberko, puste w środku. Prawilne jaja zaczynają się od rozmiaru 2 a kończą na rozmiarze XXL, który waży 1350 gram… Co najważniejsze, jajka te ani nie są puste w środku, ani nie wypełnione żadnym kremem, czy czekoladą, ale dodatkową porcją cukierków, drażetek, lukrecji, rodzynek w czekoladzie, żelków… Największą frajdą jest dla mnie zawsze rozbijanie jaja. Szykujemy miskę, i uderzamy w nią jajem, z którego wysypuje się małe co nieco. I tak kończy się Wielki Post, z michą na kolanach i przed telewizorem.  Obywatele spragnieni wrażeń idą na spacer, a żyjący na krawędzi idą pobiegać, nie robiąc co prawda miejsca na serniczek, ale na kolejne paczuszki rodzynków wyjęte z czekoladowej otchłani. Jednakże islandzkie czekoladowe jajka kryją w sobie coś więcej niż „tylko” słodycze. Málsháttur to po polsku przysłowie, powiedzenie. Każde jajko ma w sobie żółty rulonik, na którym jest ono napisane. Pierwszy dzień w pracy po przerwie świątecznej zazwyczaj oznacza pytania o to, jak w tym roku brzmiało nasze powiedzenie i jak odnosi się do naszej życiowej sytuacji. Czekoladowa wróżka nie była dla mnie zbyt przychylnie nastawiona, ale przynajmniej wiem, że muszę być bardziej uważna w życiu, bo „Ci, co dostają najwięcej, nie zawsze dostają najlepiej” i „weseli są Ci, którzy znają smutek”. Tak, dorobiłam się dwóch jajek o łącznej wadze około pół kilograma. Pracuję nad tym.

paskaegg2

paskaegg3

O konserwatyzmie Islandczyków w nawykach dietetycznych już wiecie, dlatego oczywistością jest, że jaja islandzkiej produkcji są najpopularniejsze. Oprócz nich możecie znaleźć w sklepach eksportowane towary wielkanocne, jajka takich marek jak: Lindt, Mars, KitKat, After Eight. Tip od zaawansowanego konsumenta: jeśli Waszym pragnieniem jest tego typu produkt, poczekajcie do Wielkiej Soboty: kupicie go np. w markecie Nettó 50% taniej.

Przepraszam, że ten post, jak i serdecznie życzenia Wielkanocne docierają do Was tak późno, lecz jako bezdzietna Matka Polka narobiłam się przy ciastach prawie puszczając z dymem patelnię jednego dnia, a drugiego piekarnik. Ale leśny mech zrobił szał.

Życzę Wam kochani spokojnych Świąt w gronie najbliższych Wam osób, spacerów między babką a serniczkiem (sklepowy też jest okej, bez ciśnienia), rozmów przy wspólnym stole, ale nie o religii i polityce oraz pogody, ducha też, i nie przejmujcie się jak przyjdzie ochłodzenie, są takie miejsca na świecie gdzie 7 stopni z zachmurzeniami ale bez deszczu i wiatru uznawane są za dobrą świąteczną pogodę na koniec kwietnia 😉 Gleðilega páska!

Międzynarodowy Dzień Gofra

– czyli Alþjóðlegur vöffludagur

O którym zapomniałam. Nawet nie wiedziałam, że istnieje. Wcale mnie to zresztą nie dziwi, skoro mamy Dzień Pizzy, Dzień Czekolady, Dzień Masła Orzechowego, to Dzień Gofra tym bardziej powinien mieć swoje miejsce w tym zacnym gronie. Jednakże historia tego dnia jest zapewne nieco inna niż pozostałych. 25 marca to w tradycji chrześcijańskiej Dzień Zwiastowania Marii Panny – wypada dokładnie 9 miesięcy przed Bożym Narodzeniem. W Szwecji, gdzie zwyczaj jedzenia gofrów znany był już w XV wieku, ten dzień nazywa się  Vårfrudagen, czyli Dzień Naszej Pani. Jak widać od Vårfrudagen do Våffeldagen niedaleko i tak oto 25 marca stał się Międzynarodowym Dniem Gofra. A że wszystko, co skandynawskie nie jest nam obce, na Islandii też przyjął się zwyczaj robienia gofrów. Nie tylko tego dnia. W każdym islandzkim domu jest gofrownica, każda szanująca się kawiarnia ma gofry w swoim menu, każda poważna partia polityczna serwuje vöfflukaffi podczas spotkań z elektoratem gdy wybory nadchodzą wielkimi krokami. Śmiem nawet twierdzić, że w niektórych domach, tak jak w Polsce nie ma niedzieli bez ciasta, tak na Islandii nie ma niedzieli bez gofrów. I to niekoniecznie do popołudniowej kawy, często serwowane są wieczorem lub kiedy do drzwi zapukają niespodziewani goście.

20190324_153453_HDR

Nie wyglądają one jednak identycznie jak te z nadbałtyckiego deptaku. W krajach skandynawskich, tradycyjne gofry są w kształcie serduszek, smażone w okrągłej gofrownicy. Na Islandii bita śmietana i dżem rabarbarowy to klasyk. Vöfflur með rjóma og sultu i koniec dyskusji. Gofry z Nutellą to jakaś profanacja. Gofry z masłem orzechowym i innymi fit substytutami to nie są gofry. Jakkolwiek liberalni w innych sprawach i sferach życia to w temacie gofrów Islandczycy są do bólu konserwatywni. Akceptują ewentualnie dżem jagodowy lub truskawkowy. Inne smaki to już odchył w nieznanym kierunku, gdzie nikt nie chce podążać. A jeśli ktoś chce sobie pofolgować, sos czekoladowy będzie przysłowiową kropką nad i.

Nie uwzględniałam gofrów w weekendowych planach, ponieważ ciasto z rabarbarem (jak dobrze mieć zamrażarkę słusznych rozmiarów) kusiło mnie od sobotniego ranka i oprócz wydłubywania kruszonki z wierzchu (bardzo zły nawyk z dzieciństwa) wykazywałam się anielską cierpliwością do momentu aż nie dowiedziałam się, że 25 marca jest Dzień Gofrów i nie ma opcji pozostawienia tego faktu bez echa na blogu. Z przyjemnością pragnę podzielić się z Wami przepisem, którego baza jest w pewnej bardzo dobrze mi znanej islandzkiej rodzinie od lat. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wprowadziła kilku „modyfikacji”. Oglądając zdjęcia musicie wiedzieć, że tak NIE DO KOŃCA wyglądają tradycyjne islandzkie gofry, to moja wariacja na ich temat. Przepis się zgadza, dodatki już nie w 100%, ale chyba nie wyszły takie złe, prawda? 

20190324_154445_HDRphotoshop

Islandzkie gofry (8 sztuk):

100g maślanki

150g mleka (lub więcej, do uzyskania odpowiedniej konsystencji)

250g mąki (ja użyłam mąki orkiszowej jasnej, w oryginale jest mąka pszenna)

1 jajko

1/4 łyżeczki soli

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki sody

3 łyżki roztopionego masła

1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

Zmiksować wszystkie składniki oprócz masła, które należy dodać na końcu. W razie potrzeby dodajemy mleko, ciasto nie może być za gęste, ale zdecydowanie gęstsze od naleśnikowego. Rozprowadzamy je chochlą na gofrownicy. Im dłużej będziemy je trzymać w gofrownicy, tym bardziej będą chrupiące, stopień wysmażenia zależy również od mocy urządzenia, ja smażę ok. 4 minuty. Podajemy z czym dusza zapragnie. Ja bitą śmietanę zastąpiłam naturalnym skyrem wymieszanym z syropem klonowym. Smacznego!

Bolla, bolla!

Wolna niedziela, za oknem zimowa plucha, bo śnieżnym puchem przy dodatniej temperaturze tego nazwać nie można. Nastawiłam właśnie ciasto na domowe bułki do hamburgerów, na które już mi ślinka cieknie od paru dni. Tak naprawdę tylko dlatego, że znalazłam gotowe mięso w zamrażarce, a robię tam teraz czystkę przed jej rozmrożeniem i umyciem. Delikatnie rzecz ujmując, ciasto nie urosło. To kolejny nieudany wypiek, po islandzkich ptysiach, które w zeszłym roku wyszły idealne, tak w tym dwa razy coś poszło nie tak i wylądowały w „chlebowej” zapiekance…

Wtedy włączyłam Netflixa z kubkiem czarnego diabła i zaatakował mnie ogromny tytuł: Isn’t it romantic? Tak, tego mi było trzeba. Głupot na odmóżdżenie. Nie mam już ochoty na bycie idealną panią domu, pójdę później do piekarni po bułki (tak, na Islandii piekarnie są w niedzielę otwarte). W dużym skrócie film opowiada o dziewczynie, której życie po niefortunnym uderzeniu w głowie zmienia się w komedię romantyczną których, notabene, nienawidzi. Jak bardzo kiczowate dla niej jest przerwanie czyjejś ceremonii ślubnej, sama znajdzie się w tej sytuacji. Ale w momencie, gdy powinna powiedzieć: I love you, mówi: I love…me. !!! Wybiega z kościoła, kradnie ślubną karocę w postaci czerwonego, sportowego samochodu i (niestety) po kolejnym uderzeniu w głowę wraca do swojego śmierdzącego Nowego Jorku, ale już odmieniona. W pracy nie daje sobą pomiatać i sprowadza swoich współpracowników do parteru
– just do your job – nie będę wyrzucać twoich śmieci. Koniec końców film jest typową komedią romantyczną, ale pozostawia po sobie fajny posmaczek. Jakkolwiek to śmieszne i hollywoodzkie, zebrałam się z kanapy, pomalowałam usta, napisałam do narzeczonego, który był w pracy, że idę na randkę sama z sobą.

Weszłam do mojej ulubionej piekarni, a tam jak zwykle gwar, ale widzę puste stoliki. I wtedy moim oczom ukazały się one…

Bolludagur, czyli dzień bułeczek, przypada akurat jutro, 4 marca, jest to zawsze poniedziałek przed Popielcem. Jeśli powiem, że zasady gry w tym dniu są takie same jak w Polsce w Tłusty Czwartek, to w 90% wiadomo o co chodzi – żeby zjeść jak najwięcej bollur. Przerwa na kącik gramatyczny: bolla = 1 sztuka, czyli liczba pojedyncza, bollur = tyle, ile zdołasz zjeść, ale więcej niż niż 1 sztuka, czyli liczba mnoga.

Vatnsdeigsbolla

Tak bardzo chciałam uniknąć tłumaczenia bollur na język polski,
ale najbliżej chyba będzie im do ptysi. Ciasto kroi się na pół i wypełnia bitą śmietaną, która może mieć różny smak: truskawkowa, karmelowa, o smaku nutelli… Klasyczna wersja to jednak vatnsdeigsbolla (czyli ciasto parzone)
z marmoladą, bezsmakową bitą śmietaną i glazurą czekoladową na górze. Innym, bardzo popularnym wariantem jest gerbolla, czyli mała drożdżowa bułeczka, również wypełniona najczęściej dżemem i bitą śmietaną.
Na ostatnim miejscu mojego subiektywnego podium plasuje się berlinarbolla, której wyglądem najbliżej jest do naszego pączka, nie jest ona jednak aż tak głęboko smażona i jest delikatniejsza w smaku.

Islandzkie piekarnie prześcigają się w ich wyglądzie i wariantach smakowych. Mimo, że Bolludagur oczywiście trwa oficjalnie jeden dzień, jak nazwa na to wskazuje (dagur – dzień), to mówi się o bolluhelgi, czyli weekendzie. Ptysie są już dostępne w sklepach i piekarniach mniej więcej od środy, ale apogeum oczywiście przypada na poniedziałek. W firmach celebruje się bollukaffi, wszyscy rozmawiają tylko o ptysiach. Co ciekawe,
w przeciwieństwie do polskich pączków, które można kupić zawsze, vatnsdeigsbollur, czy gerbollur są dostępne tylko w tym okresie. Po prostu nie wypada ich jeść kiedy indziej. Tak jak na przykład… mazurek na Wielkanoc. Dziwnie byłoby jeść mazurka w adwencie.. A w wakacje? Odrobinę niekonwencjonalne, ale też nie zakazane.

Równanie jest więc proste, x=tyle, ile zdołasz zjeść. Moje oczy przyciągnęła witryna za którą były przeróżne, uśmiechające się do mnie ptysie. Serce zabiło na widok słowa Baileys i amaretto, wybór padł ostatecznie na Baileys pudding. Amaretto trafiło do pudełka na wynos…

Bolludagur ma swoje korzenie w duńskich lub norweskich obrzędach, które dotarły na Islandię w drugiej połowie XIX wieku, prawdopodobnie dzięki piekarzom, którzy zaczęli przybywać na wyspę. Nazwa Bolludagur została po raz pierwszy odnotowana w 1910 roku. Jak dzieci proszą rodziców
o jedną bułeczkę? Przygotowują kolorowe „rózgi”, którymi uderzają ich
w pośladki krzycząc: „Bolla, bolla!” – jeden klaps = jeden ptyś. Tak rzecze historia, ja nigdy tego nie widziałam, może za mało jeszcze widziałam…

Vatnsdeigsbolla z… karmelowym popcornem

Ale lubię zacierać rączki mamrocząc pod nosem bolla, bolla, bo to rzecz wyczekiwana przez wszystkich, wywołująca uśmiech na twarzy każdego bez względu na wiek, czy upodobania smakowe. Bo oprócz słodkiej wersji dość praktykowane jest jedzenie pulpetów wołowych, czy rybnych. I być może taki ptyś to nic takiego..i nie każdy mógłby je jeść codziennie to jest tak jak z pączkami – nie wszyscy je uwielbiamy, ale ze świecą szukać tego, kto pączka w Tłusty Czwartek nie zjadł. Bolludagur to jeden z tych dni
w roku, gdzie czuję się tak bardzo… zasymilowana. Chcę się dzielić ich radością, ich zniecierpliwieniem w oczekiwaniu na bollukaffi, w ich smakowaniu się każdym kęsem. To nasza, wspólna radość, nasze oczekiwanie, nasze delektowanie się, nasza buzia umorusana w śmietanie.
I nasz wspólny, narodowy ból brzucha i kac moralny.

Od wtorku dieta? Nic bardziej mylnego! Po tłustym poniedziałki pora na Ostatki, czyli Sprengidagur, islandzki odpowiednik Mardi Gras. W tym dniu chodzi właśnie o to, że pękać z przejedzenia. Að sprengja – wybuchnąć.
Ze źródła z XVIII wieku dowiadujemy się, że lud pracowniczy dostawał do jedzenia tyle wędzonej jagnięciny, że nie tykali jej aż do Wielkanocy. Zwyczaj ten wywodzi się z tradycji katolickiej, w której właśnie w okolicach tego dnia żegnano się z mięsem na czas Wielkiego Postu. Sto lat później już mówi się o saltkjöt og baunir – czyli o zupie z żółtego grochu, do której dodaje się kawałki solonego mięsa. Próbowałam. Nie jestem fanem,
ale Islandczykom ślinka cieknie na samą myśl, podniecenie narasta wraz
z zapachem, w końcu każda restauracja/stołówka serwuje tego dnia to danie. Na ulicy słychać tylko saltkjöt og baunir, a wieczorami wszyscy umieramy z przejedzenia, ja pewnie wybiorę coś innego z mięsnego menu.

Środa Popielcowa, czyli Öskudagur potocznie nazywany jest islandzkim Haloween. Dzieci przebierają się w różne kostiumy, chodzą ulicami miasta, odwiedzają sklepy i instytucje zbierając do worków słodycze. Dostaną je oczywiście tylko wtedy, jak na nie zasłużą, czyli coś zaśpiewają. Drżę na samą myśl co będzie się działo w pracy w środę. Czas zbierać po domu cukierki…

Ostatnia niedziela karnawału, Bolludagur i Sprengidagur razem tworzą Föstuinngangur, czyli wejście w post. Jak się żegnać z obżarstwem, to
w wielkim stylu i to akurat Islandczykom się udaje. Mimo, że w poście specjalnie nie poszczą. Ale tradycja rzecz święta. Nawet ja jakoś dziwnie ubolewam nad faktem, że moja druga połówka ma trudności z jej przestrzeganiem. Bo nie lubi bitej śmietany. Jak można zjeść ptysia BEZ bitej śmietany? I to islandzkiej bitej śmietany, która jest przepyszna? To tak, jak nie zjeść pączka w Tłusty Czwartek. Ale dla takich dziwaków wymyślono puste bułeczki, które można wypełnić w domowym zaciszu czym dusza zapragnie.

Dzięki takim dniom jak Bolludagur, czy Tłusty Czwartek rozumiem jeszcze silniej czym jest Tradycja. Bo w inne dni w roku taki ptyś to nic takiego.
Ni ziębi, ni parzy. Na pewno nie wybrałabym go na deser z miliona innych wariantów. Zapominam, że w ogóle istnieje. Ale chcę płynąć z tym prądem. Jak trzeba to trzeba. W Bolludagur trzeba zjeść ptysia i już. To tak, jakby
w Wigilię nie zjeść serniczka (bo karpia można nie jeść, wiem
z doświadczenia).

W tej piekarni, tego niedzielnego szarego popołudnia, byłam jak Phil Rosenthal z netflixowej serii Somebody Feed Phil, który jak pięcioletnie dziecko uśmiecha się szeroko poznając kolejne nowe smaki (swoją drogą, ciekawe ile robi kardio, żeby to wszystko spalać na bieżąco), który
w każdym odcinku podkreśla, że jedzenie to przede wszystkim ludzie. Jedzenie nas jednoczy. Właśnie dlatego chcę być z nimi i dzielić tę radość, szczególnie wtedy, gdy w kącikach ust zostaje mi bita śmietana na później. Prawie każdy na talerzyku miał bułeczkę. Jak nie na obiad, to na deser. Jak nie na miejscu, to na wynos. Szacuje się, że w te największe dni, niedzielę
i poniedziałek, Islandczycy jedzą około miliona bollur. Dla przypomnienia: Islandia liczy ok. 380 000  wygłodniałych buziulek. Miło być częścią tego miliona, nawet w jakimś nikłym procencie (szacuję, że zjem 3 sztuki,
w porywach do 4, razem z niedzielną.

Randkę z samą sobą uważam za udaną. Chyba znów się umówimy. I już zapomniałam o kulinarnych porażkach, których było znacznie więcej
w tym tygodniu. Do x razy sztuka. Bolla, bolla!