Londyn

Zrobienie takiego zdjęcia:

fullsizeoutput_38

było moim marzeniem odkąd zaczęłam uczyć się angielskiego w szkole podstawowej. I zawsze było mi nie po drodze, mimo że Londyn jest chyba najłatwiej dostępnym i najtańszym kierunkiem lotniczym na świecie. Odkąd mieszkam na Islandii stał się również punktem przesiadkowym, z którego mam nadzieję skorzystać jeszcze nie raz. Bilety z Keflavíku potrafią być śmiesznie tanie. Dojechać tam jednak z dalekiej Północy – to już odrębna historia…

Tym razem na szczęście, po śniadaniu hotelowym w Bergamo, na późnym obiedzie byliśmy już w Honest Burgers w dzielnicy King’s Cross, czyli brytyjskiej burgerowni. Niech ta nazwa Was nie zmyli. Zdecydowaliśmy się tam wejść tylko dlatego, że moje oczy zaświeciły się na widok wegańskiej opcji. I to nie byle jakiej, bowiem był to Beyond Burger. Jest to roślinny burger, który jest najbliższy mięsnej wersji pod względem gotowania, wyglądu, czy konsystencji, który ma zaspokoić najbardziej wybrednych wegan, bądź ułatwić życie tym początkującym. Nie ma w swoim składzie soi i glutenu. Jedynym minusem jest cena, która w sklepach rozkłada na łopatki. W Honest Burger moja obiadokolacja faktycznie nie była najtańsza, ale za to chyba najlepsza. Był to bowiem genialny kotlet, czułam, że przegryzam mięsiste wołowe włókna. Dodatkowo w środku był wegański ser Gouda, sos chipotle, ogórek kiszony, czerwona cebula, musztarda… I do tego te przyprawione rozmarynem frytki, które były przepyszne! Do picia zamówiliśmy brytyjski bio napój Karma Cola słodzony stewią. Coca cola wzbita na wyższy poziom. Można było wyczuć nutkę cytrynową, wanilię, czy… słód jęczmienny. Bardzo ciekawy smak – serdecznie polecam każdemu spróbować, jeśli będziecie mieli ku temu okazję. Honest Burger to brytyjska sieciówka, która ma ponad 20 lokalizacji, dlatego łatwo będzie ją odnaleźć. Bardzo miła obsługa, radosna atmosfera – Londyn! Takie było moje pierwsze wrażenie.

Untitled design-2
The Honest Burgers

 

Następnego dnia postanowiliśmy zaufać opiniom TripAdvisora i na niedzielne późne śniadanie wybraliśmy się do małej knajpki o nazwie Cappadocia, która było oddalona jedyne kilkaset metrów od naszego hostelu. Pomimo, że miejsce wyglądało niepozornie, musieliśmy czekać kilka minut na stolik. Kuchnia miała pełne ręce roboty! Ceny były bardzo obiecujące, oboje musieliśmy zamówić tradycyjne angielskie śniadanie! Ogromny plus za wegetariańską opcję! Moja warzywna kiełbaska była bardzo dobra. Do śniadania serwowany były również tosty z masłem. Menu jest tak ułożone, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Były opcje wegańskie. Oprócz tostów z dodatkami, czy angielskim śniadaniem, w menu można było znaleźć naleśniki, kanapki czy panini. Szczerze polecamy to miejsce, mam nadzieję, że uda nam się zajrzeć tam jeszcze raz w przyszłości. Wytoczyliśmy się dosłownie z lokalu, gotowi na zwiedzanie Londynu.

fullsizeoutput_2c
Wegetariańska wersja English Breakfast

Jednym z celów na jedzeniowej liście było Deliciously Ella Deli, czyli mała kawiarnia założona przez znaną na całym świecie Ellę Woodward – blogerkę i autorkę kilku książek kulinarnych, w tym najbardziej znanej Smakowita Ella z przepisami kuchni roślinnej. Chciałam zobaczyć, jak bardzo „hype” przekłada się na jakość. Pamiętam, że cenowo nie wyglądało to może najgorzej, ale niestety po mojej porcji wegańskiej szakszuki byłam nadal głodna… Mąż wyszedł na tym lepiej zamawiając bananowe placuszki z jagodami i syropem klonowym. Były bardzo dobre – ocena na bazie czynu „daj gryza”. Zamówiliśmy również po kawałku chlebka bananowego i ciasta z masłem orzechowym, czekoladą i spodem bodajże z daktyli i orzechów. Chlebek bananowy był mocno przeciętny za taką nieprzeciętną cenę (mąż nawet powiedział, że to, które ja piekę jest lepsze, a piekę z przepisu erVegan), moje ciasto było po prostu dobre. Brakowało mi jednak efektu wow. A już napewno mocno się zastanowię, czy odwiedzę to miejsce jeszcze raz, pomimo tego, że koncept tego miejsca jest mi bardzo bliski.

Untitled design-3
Camden Market

Na samo zakończenie naszego pobytu wisienką na torcie była wizyta w Camden Town, na Camden Market. Niesamowite miejsce. Wyluzowana atmosfera, zapachy z każdego zakątka świata. Po krótkim spacerze zdecydowaliśmy się na pitę z falafelem w legendarnym miejscu: Magic Falafel. Falafele były przepyszne! Chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku, dobrze przyprawione i nie przesiąknięte tłuszczem. Po krótkim spacerze przyszedł czas na deser: churros z sosem czekoladowym! Bardzo lubię churrosy. Niestety. Sos czekoladowy nie powalił mnie na kolana, być może dlatego, że był zbyt…mleczny. Jednak jestem fanką gorzkiej czekolady, dlatego ten sos dla mnie smakował jak gęste kakao. Same churrosy były jednak chrupiące i nie było się do czego przyczepić. Jedyne czego żałuję to fakt, że mam tylko jeden żołądek o określonym limicie, portfel z dnem i mało czasu w Londynie na spróbowanie więcej rzeczy…

Untitled design-4
Magic Falafel i churros!

Ogólnie Londyn na początku wzbudził we mnie mieszane uczucia. Tłumy ludzi, śmieci, keep left, mind the gap, gołębie latające zbyt nisko nad głowami… Jednak kiedy wróciliśmy do domu i przejrzałam nasze zdjęcia i przywołałam wspomnienia, zaczęłam tęsknić za tym chaosem, którego rzadko można doświadczyć nawet w islandzkiej stolicy 😉 Cokolwiek by nie powiedzieć o podróżach, zawsze pierwszy skyr po wylądowaniu na wyspie smakuje najlepiej!

 

Peschiera del Garda i Bergamo

Che bello! Nie mogliśmy tego wykrzyczeć zaraz po wylądowaniu we Włoszech, bo za dnia przywitał nas przystanek autobusowy na lotnisku Orio al Serio w Bergamo, a do Peschiera del Garda dotarliśmy już po zmroku. Wybraliśmy się na krótki spacer przy Jeziorze, którego nie widać (w ciemności), ale przynajmniej zdążyliśmy nabrać ochoty na poweselny detoks – czyli prawdziwą włoską pizzę. W pobliżu, dzięki stronie TripAdvisor, znaleźliśmy bardzo obiecująco wyglądającą restaurację – przede wszystkim dlatego, że miała ogromny ogród i siedzieli w niej chyba tylko miejscowi, a przynajmniej głównie Włosi. Peschiera del Garda to mała miejscowość, jednak bardzo popularna wśród mieszkańców Italii ze względu na swoje położenie nad malowniczym jeziorem Garda. Jakby tego było mało, nasz pobyt przypadł na najbardziej zatłoczony okres w roku, czyli okolice Ferragosto (15 sierpnia), gdzie wszyscy Włosi podróżują. Mieliśmy jednak niebywałe szczęście – autobusy odjeżdżały na czas, zero korków (te widzieliśmy tylko przy wjeździe do Peschiery w autobusie wiozącym nas  z powrotem do Bergamo).

fullsizeoutput_27
Bergamo

Restauracja Le Magnolie, bo o niej zdążyłam już wspomnieć, znajduje się z dala od ścisłego centrum miasteczka, wygląda raczej na osiedlową restaurację, co dodaje jej tylko większego uroku i spokoju. W karcie znajdują się przede wszystkim dania kuchni włoskiej, a przede wszystkim pizza neapolitańska (na cienkim cieście). Jakże zaświeciły się moje oczy na widok tak rozbudowanego pizzowego menu, a jeszcze bardziej na widok Aperol Spritz. Fakt, że akurat ten drink jest moim ulubionym uważam za conajmniej dziwny, ale czasem chyba już tak jest, że sami siebie do końca nie rozumiemy. Dla przypomnienia: Aperol Spritz to drink na bazie prosecco i Aperolu, czyli pomarańczowo-mandarynkowego, bardziej gorzkawego niż słodkiego likieru, który przygotowuje się według zasady 3, 2, 1: 3 części prosecco, 2 części Aperolu i 1 część wody gazowanej. Obowiązkowo z plasterkiem pomarańczy i kostkami lodu. Prosecco uwielbiam, ale gorzki smak pomarańczy jest mi wysoce obojętny. Jednakże w tym boskim połączeniu odnajduję moje własne umami. Aperol Spritz jest serwowany na apertif, obowiązkowo z miseczką czipsów, czasem również z oliwkami.

fullsizeoutput_14
Restauracja Le Magnolie w Peschiera del Garda – żebyście łatwiej trafili 

 

fullsizeoutput_1f
Le Magnolie

Wracając do sedna. Nie mieliśmy problemu z dostaniem stolika, było już dość późno, ale nadal bardzo ciepło, dlatego pizza w ogródku była spełnieniem naszych marzeń. Tak bardzo byłam skupiona na swojej quattro formaggi, że nie pamiętam co zamówił mąż, jeszcze wtedy zapewne z wędliną. Ciasto było przepyszne, cieniutkie, z grubszymi, przypieczonymi brzegami, a dobór serów komponował się wyśmienicie, żaden z nich nie wyróżniał się smakiem i nie zdominował całej pizzy. Ceny były przystępne – jak na Włochy, które generalnie nie należą do najtańszych krajów. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zjedli włoskich lodów na deser, mimo że wyszliśmy z restauracji prawie na kolanach. Mały spacer do centrum miasteczka rozgrzeszył nas z niezachowania umiaru w jedzeniu, ale nie piciu, moim zdaniem, i trafiliśmy do kultowej Gelateria La Romana. Tam zjadłam najlepszą pistację w życiu. Nie przesadzając. Zawsze, kiedy odwiedzam jakąś lodziarnię po raz pierwszy, zamawiam pistację. Jeśli mnie pozytywnie zaskoczy, zakładam w ciemno, pewnie bezpodstawnie, że „tu są pyszne lody”. Kolejnym testem jest czekolada. Tam była również wyśmienita.  Pierwszy wieczór we Włoszech – było aż za dobrze i czekaliśmy na więcej…

Oczywiście nie będę tutaj po kolei wymieniać wszystkich miejsc, w których jedliśmy, niektóre były „po prostu” dobre, bądź nazwy gdzieś nam umknęły. Następnego dnia udaliśmy się stateczkiem wycieczkowym do Sirmione, nad którym góruje zamek rodziny Scaglierich. Tam dopiero poczuliśmy, że jesteśmy we Włoszech podczas szczytu sezonu! Zjedliśmy zdecydowanie NAJWIĘKSZE lody, choć nie były aż tak wyśmienite jak w La Romana (co nie zmienia faktu, że wciąż były warte swojej ceny). Nie pamiętam dokładnie nazwy lodziarni, lecz znajduje się ona naprzeciwko wejścia do zamku. Polecam! Porcje… co najmniej przyzwoite…

fullsizeoutput_1d
Szczęście ma swoją cenę i kosztuje 6 euro. Znajduje się w Sirmione.
fullsizeoutput_21
Aperol Spritz

Wieczór spędziliśmy w bardzo przytulnym barze – oczywiście na zewnątrz. Z tego miejsca mogliśmy obserwować zarówno jezioro, jak i wieczorny, miasteczkowy gwar. Rozmowy, kroki, kostki lodu dźwięczące w kieliszkach, bransoletki uderzające o stoliki, szuranie krzeseł… Wszystkiego doświadczamy podwójnie dzięki aperitivo w kieliszkach.  Mąż, jak na Wikinga przystało, niezmiennie preferuje piwo, a ja… chyba nie muszę się tłumaczyć 😉 Zamówiliśmy do tego również na spółkę piadinę. Piadina to włoski placek przypominający tortillę. W środku jest nadziewany, klasycznie z serem i wędliną. Była bardzo dobra i zaspokoiła mały głód. Na kolację udało mi się spróbować włoskiego klasyku: Penne all’arrabbiata. Tak, kocham makaron. Na deser wybraliśmy się do innej lodziarni, która znajdowała się bardzo blisko La Romany. Nazywała się bodajże La Cremeria. Sorbet czekoladowy, to zaraz po pistacji, mój ulubiony smak lodów, który nie jest spotykany zbyt często. Był gorzki, zarazem bardzo kremowy, mimo, iż był to sorbet i do bólu czekoladowy. Miłośnicy 70% plus, łączcie się!

Kolejne przygody kulinarne czekały na nas już w Bergamo. Jeszcze niedawno Bergamo było traktowane jako brama wjazdowa do Mediolanu. To tutaj lądują samoloty tanich linii lotniczych i w niecałą godzinkę jazdy autobusem możemy znaleźć się w stolicy mody. My nie chcieliśmy spędzić zbyt wiele czasu w środkach transportu, ze względu na ograniczony czas jaki mieliśmy do dyspozycji i postanowiliśmy zostać w nieco spokojniejszym, aczkolwiek nie mniej uroczym Bergamo. Miasto dzieli się na dwie części: Città Alta (położona na wzgórzu i otoczona murami część starożytna) oraz Città Bassa (nowa część).

Koniecznie muszę wspomnieć o dwóch miejscach, które skradły nasze serca i dodały kilogramów podczas wizyty w Bergamo. Drugiego dnia zaplanowaliśmy zwiedzanie Città Alta, gdzie dostaliśmy się kolejką zwaną furnicolare. Ja już wiedziałam, co nas tam czeka. Cukiernia Nessi specjalizuje się w regionalnym przysmaku polenta e osei. Jest to okrągłe ciastko z zewnątrz przypominające biszkopt, w środku nadziewane kremem gianduja, likierem maraschino i udekorowane masą migdałowo-czekoladową. Ach, to wspomnienie kryształków cukru trzeszczących w zębach, w których zatapiał się mięciutki biszkopt! Poziom słodkości zdecydowanie mieści się w kategorii islandzkiej, chętnie przeżyję to jeszcze raz, ten smak nie przypominał mi niczego, co już znam, był wyjątkowy!

fullsizeoutput_23
Nessi w Bergamo

Nie wybraliśmy się w tą podróż kompletnie nieprzygotowani, żeby nie było. Trip Advisor rozgrzewał się do czerwoności, szczególnie jeśli chodzi o najlepszą pizzę w Bergamo. Tutaj sugerowaliśmy się nie rankingiem, lecz liczbą znakomitych recenzji, ceną i…zdjęciami pizzy. Zdecydowanie NIE odległością od naszego hotelu… Postanowiliśmy, że pójdziemy pieszo (Google Maps pokazało 40min pieszo) dając czas żołądkowi na przyjęcie jednej z najlepszych pizzy w Bergamo. Był to nasz ostatni wieczór w Italii, chcieliśmy zakończyć go po prostu randką, mąż nawet założył koszulę! Im dalej szliśmy, tym więcej mieliśmy wątpliwości, bo zdecydowanie oddalaliśmy się od centrum wkraczając na przedmieścia. Było nadal gorąco, my już mieliśmy w nogach ok. 15 km, ale dobrze zaopatrzeni w wodę, dzielnie kontynuowaliśmy. Kiedy dotarliśmy na Via Papa Leone XIII ledwo zauważyliśmy małe wejście do lokalu, właściwie do piwnicy, który okazał się głównie pizzą na wynos, z samymi lokalsami, moja pierwsza myśl była: „no tutaj to wina nie dostanę…” Jak się potem okazało, do tej pizzy nie pije się wina, ale zimne piwo, najlepiej jasne, choć może nie 9%, czego nie zauważyłam na butelce… Było tam czuć domową kuchnię i tam dopiero zaczęłam wdychać prawdziwie włoską atmosferę: wszyscy się znali, wymieniali uściski dłoni, pozdrawiali się wesoło żegnając się Ciao! z wielkim pudłem na wynos w ręce… Te zapachy, uśmiechy załogi, żarty, duchota panująca w tym miejscu wzbudziły we mnie przekonanie, że ja chcę zjeść pizzę właśnie stąd, z Pizzerii Alta del Luca na przedmieściach Bergamo, nawet jeśli będzie to na chodniku. Na szczęście były tam dosłownie 2 stoliki i kilka miejsc barowych przy ścianie. Ta pizza jednak była inna niż tradycyjna włoska pizza. Sprzedawana „in teglia”, czyli na kawałki. Jednakże te kawałki były rozmiaru połowy dużej pizzy… Królowało tutaj grube ciasto. Tylko takie może udźwignąć ciężar mozzarelli i reszty dodatków… Za 3,50 euro mogliście znaleźć się w serowym raju. Po krótkiej i serdecznej rozmowie z obsługą (mina pracownika wyrażała tylko jedno: „z Islandii? Tutaj?”) wybraliśmy nasze smaki. Lista jest bardzo długa i jestem pewna, że każdy może tutaj znaleźć coś dla siebie. Gdy nasza kolacja była już gotowa, okazało się, że dostaliśmy w gratisie po połowie innego kawałka, co było bardzo miłe ze strony obsługi, lecz zdecydowanie cięższe dla naszego układu trawiennego. Ilość sera była nieprzyzwoita. I był on nieprzyzwoicie dobry… Mimo grubego ciasta, nie było ono w ogóle suche, brzegi były mięciutkie, daleko mu było do pizzoplacka, który w smaku przypomina chleb. Zapewne była to „wina” dodatków – na tych się nie oszczędza. Na samo wspomnienie o tej pizzy wpisuję Bergamo na listę miejsc do odwiedzenia w przyszłości jeszcze raz. Nie chciałam, żeby ten moment się kończył. Śmialiśmy się, jak zmienił się nasz nastrój: z niepewnych min w progu, do błogiej i niczym niezmąconej radości z jedzenia. Jaka szkoda, że nasze żołądki już nie mogły więcej! Nawet droga powrotna nie była nam straszna. Bo robiliśmy miejsce na ostatnie lody we Włoszech…

fullsizeoutput_25
#foodporn to za mało, żeby to opisać. Tak trzeba żyć. 

Jakie macie doświadczenia z włoską kuchnią? Jesteście bardziej team pasta, czy pizza? 🙂  Odwiedziliście któreś z opisanych przeze mnie miejsc? Może macie inne rekomendacje? Dajcie znać, czy podobają Wam się takie małe skoki w bok, w końcu nie samym skyrem człowiek żyje 😉

Restauracja Baccalá i farma Vellir

Korzystając z faktu, że oboje z mężem mieliśmy wolny weekend, postanowiliśmy odbyć małą sælkeraferð, czyli food trip. Zastanawiam się, czy istnieje w ogóle polski odpowiednik tego wyrażenia. Google Tłumacz robi to dosadnie i bez zbędnego upiększania. Po prostu wyprawa na jedzenie. Przyznam, że była to pierwsza, świadomie odbyta wycieczka do restauracji w celu jej udokumentowania i opisania na blogu. Tworzy ona mianowicie nowy cykl: Vikingaland w podróży. Póki co, po Islandii. Mamy nadzieję, że na tyle nam się poszczęści, że będę mogła również raczyć Was kuchennymi reportażami z innych miejsc na świecie. Nie, nie tylko z Polski.

Wybraliśmy się więc na jedzenie do Hauganes – wioski oddalonej ok. 30 km od Akureyri w kierunku Dalvíku. Hauganes znane jest przede wszystkim z oferowanych wycieczek w celu zobaczenia wielorybów i geotermalnych basenów o rozmiarze jacuzzi, skąd mamy tylko kilka kroków do morza, w którym można się odrobinę schłodzić.

fullsizeoutput_6

fullsizeoutput_9

W Hauganes mieści się jeszcze jedna atrakcja: restauracja Baccalá, której mocnym punktem jest ryba, łowiona kilkaset metrów dalej… Wystrój restauracji przypomina łódź Wikingów, nam przytrafiło się akurat miejsce na zewnątrz, ponieważ cała restauracja w środku była zarezerwowana, dlatego koce uratowały sytuację. Menu jest krótkie i typowo islandzkie. Pizza, hamburgery, grillowane kanapki i dania rybne. Może to mocne uproszczenie, ale niestety to rzuca się w oczy jako pierwsze. Pozwólcie, że skupię się na rybach: do wyboru mamy zupę rybną (a Islandczycy naprawdę umieją w zupy rybne), klasyczne fish&chips czyli rybę w panierce z frytkami, filet z dorsza z ziemniaczkami, czy… pizzę z soloną rybą i czarnymi oliwkami. Ja skusiłam się właśnie na pizzę Baccalá. Pizza została podana z sosem chili. Kawałków ryby mogłoby być trochę więcej, z drugiej strony była ona tak słona, że można spokojnie uznać, że równowaga została zachowana. Dużo sera, wyraźnie było czuć oregano i sos pomidorowy. Spód od pizzy miał dość daleko do krewnych z Włoch, był sztywny, ale za to na zakwasie. Pizza nie była szczególnie ogromnych rozmiarów ale ostatni kawałek został zjedzony zgodnie z zasadą #nowaste, czyli po polsku „najadłam się, ale no przecież nie zostawię, bo zapłaciłam”. Jak na osobę, która nigdy nie przepadała za rybami, to połączenie zaskakująco bardzo przypadło mi do gustu i mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję ją zjeść. Mój mąż zamówił pizzę z szynką, która okazała się… przyzwoitą pizzą z szynką i na tym chyba można zakończyć. Ceny są nieco niższe niż te „miastowe”, ja za moją pizzę zapłaciłam 2100 koron (ok. 63 zł), pizza z szynką kosztowała 1850 koron (ok. 56 zł). Za główne danie, czyli polędwicę z dorsza trzeba zapłacić ok. 102 zł. Jako, że była to niedzielna pora obiadowa, musieliśmy troszkę poczekać na jedzenie, ale nie trwało to jakoś dramatycznie długo.

fullsizeoutput_5

fullsizeoutput_7
Pizza Baccalá

Warto wspomnieć, że restauracja jest czynna tylko w sezonie letnim.

Niedaleko Hauganes znajdują się co najmniej dwa ciekawe obiekty: browar Kaldi, do której można umówić się na wizytę oraz farma Vellir, czyli ekologiczne gospodarstwo i sklep z własnymi wyrobami. Farma skupia się głównie na uprawie truskawek, malin, porzeczek, warzyw i ziół. Sklepik jest malutki, ale uroczy. Na samym środku ustawiony jest stół z wszelkimi wyrobami, które można skosztować: są to głównie dżemy, konfitury np. z cebuli, chutney, czy pesto. Moje serce skradła dżem-galaretka z czarnych jagód z dodatkiem wina porto (sic!) oraz dżem rabarbarowo-truskawkowy, który rozmarzonymi oczami kulinarnej wyobraźni widzę na moich gofrach… Godny uwagi jest fakt, iż dżemy zawierają niewielkie ilości cukru nierafinowanego, dlatego można odrobinę zaszaleć 😉 Oprócz zapraw, możemy kupić jajka od szczęśliwych kur, które biegały po farmie, wędzone sery i ryby, suszone grzyby, jagodowe herbaty, aż po… dżem z bekonu.

Untitled design

Nie mogliśmy odmówić sobie oczywiście deseru. W sklepie można kupić również lody bio, kręcone, prosto z maszyny. Nie były zbyt słodkie, za to bardzo orzeźwiające, nie wyczułam w nich żadnej fałszywej nuty… Niebiańsko kremowe i tak bardzo niewegańskie…

fullsizeoutput_b
Lody z konfiturą z winem porto…

Farma znajduje się w przepięknej dolinie Svarfaðadal, niedalko Dalvíku. Sklepik jest otwarty codziennie w godz. 13-18 w sezonie letnim. Jeśli jesteście akurat w północnej części Islandii, serdecznie polecam tę trasę na niedzielną wycieczkę. Nam zajęła ona ok. 4 godzin, nigdzie się nie spiesząc…

fullsizeoutput_a

Restauracja Baccalá

Farma Vellir

Hjónabandssæla – czyli rabarbarowy paradoks

Z rabarbarem na Islandii związana jest jedna rzecz, której pewnie nigdy nie zrozumiem. Magiczna. Rabarbar jest, ale go nie ma. Mamy dżemy, ciasta, syropy, puddingi i inne cuda, ale rabarbaru w sklepie nie znajdziesz. Nie jest uprawiany na skalę przemysłową i dowożony do sklepów. Jakim cudem zatem, prawie każda islandzka gospodyni posiada w zamrażarce kilogramową paczkę rabarbaru na tzw. zimową „czarną godzinę”, gdy zabraknie dżemu do gofrów?

Są na świecie szczęśliwcy, którzy mają w ogródku krzaki z bujnym, zielonym upierzeniem i pięknymi, czerwonymi łodyżkami. Chętnie się dzielą ich owocami z nieszczęśnikami, którzy mieszkają w blokach, takimi jak ja. Wystarczył jeden post na Facebooku, i w ten sposób w zeszłym roku „dorobiłam się” 10 kg i podobno mam jeszcze prawie 2 kg w zaprzyjaźnionej zamrażarce, bo moja już nie unosi takich ciężarów. Szczególnie z zapasem lodów,  mrożonych bananów i chleba. #nowaste. 

Czerwiec jest szczególnym miesiącem w dla Islandczyków. Zaczynają się wakacje, a wraz z nimi podróże kamperami po kraju z cichą modlitwą na ustach o dobrą pogodę. W tym miesiącu również, dokładnie 17 czerwca 1944 roku, Islandia ogłosiła się republiką i oficjalnie zakończyła unię personalną z Danią, która trwała od 1918 roku. Tego dnia około 25 000 ludzi zebrało się w Þingvellir (w tym miejscu odbywały się historyczne, pierwsze posiedzenia parlamentu), gdzie mówca parlamentu ogłosił, że od tej pory w życie wchodzi islandzka konstytucja. Cały naród hucznie celebrował to wydarzenie i kontynuuje tę tradycję do dnia dzisiejszego, ponieważ jest to święto narodowe, czyli wolne od pracy. W całym kraju mają miejsce różne marsze, pochody, przedstawienia oraz inne atrakcje, również dla dzieci.

Nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności, aby przygotować dla Was chyba jeden z „najbardziej islandzkich” przepisów jakie znam z rabarbarem w roli głównej. Hjónabandssæla to w wolnym tłumaczeniu małżeńskie szczęście, błogość. Jakkolwiek niespodziewanie to brzmi, niezmierzona otchłań Internetu nie potrafiła opowiedzieć mi o historii tego ciasta. Istnieją jednak dwie teorie: hjónabandssæla jest najlepszą rzeczą jaką żona może upiec dla swojego męża, lub ma być tak słodka, jak słodkie jest małżeństwo! Z odrobiną rabarbarowego kwasu – ten też się czasem w życiu pojawia 😉

fullsizeoutput_4
Hjónabandssæla

 

Nie ma jednego, uniwersalnego przepisu na to ciasto, każda gospodyni ma swój własny sekret. W każdym domu będzie ono smakowało inaczej, ale każdy Islandczyk je rozpozna nawet zanim skosztuje. Czasem używana jest margaryna, innym razem masło, opcja z jajkiem lub bez, mogą się pojawić też wiórki kokosowe. Smak dżemu rabarbarowego ma również znaczenie, poziom słodyczy zapewne różni się w każdym domu. Ja zaprezentuję Wam wegańską wersję tego cuda, przygotowanie zajmuje około 40 minut z pieczeniem i, przy dobrych wiatrach, również z myciem naczyń…

Hjónabandssæla – przepis na małą formę 21cm x 21cm (żaroodporne naczynie z Ikei)

Składniki:

125g wegańskiego masła/margaryny (na Islandii użyłam marki Naturli)

1 szklanka mąki (np. pszenna, orkiszowa jasna, migdałowa. Najlepiej wypadła mieszanka obu; nie polecam mąki gryczanej, gdyż zmienia znacząco smak)

1 szklanka płatków owsianych górskich

0,5 szklanki cukru kokosowego

0,5 łyżeczki sody oczyszczonej

Opcjonalnie: 0,5 szklanki wiórków kokosowych – trzeba jednak uważać podczas pieczenia, ponieważ kokos szybko się przypala, można wtedy nakryć ciasto folią aluminiową i kontynuować pieczenie.

Dżem rabarbarowy (ja użyłam domowego, który zrobiłam rok temu słodząc nektarem kokosowym i daktylami)

Wykonanie:

Masło roztapiamy (wersja dla leniwych, czyli mnie: w mikrofalówce), odstawiamy na chwilę do wystygnięcia. W dużej misce mieszamy wszystkie suche składniki, na koniec wlewając roztopiony tłuszcz. Wyrabiamy ciasto ręką (raczej je „sklejamy”. Natłuszczamy formę. Wylepiamy dno formy ciastem zostawiając 1/3 na wierzch. Na dnie ciasta rozsmarowujemy łyżką dżem. Dobrze jest na ten czas wsadzić pozostałą część do lodówki, żeby kruszonka była bardziej zwarta, nawet na kilka minut, po czym sypiemy ją na dżem. Ciasto nie będzie wysokie, będzie bardziej przypominało krajankę. Pieczemy ok. 25-30 minut w 180 stopniach, sprawdzamy, czy ciasto jest zarumienione. Jeśli się przypala, przykrywamy folią. Mnie najlepiej smakuje z czarną kawą, mojemu Wikingowi ze szklanką zimnego, bynajmniej nie wegańskiego mleka, ale wiadomo nie od dziś, że islandzkie świeże krowie mleko jest doskonałe 😉

fullsizeoutput_2
Małżeńskie szczęście

Kleinur, ástarpungar… czyli dobrze wysmażone

Muszę Wam się szczerze przyznać, że nie jestem jakąś zagorzałą fanką tych smażonych pączusi. W kulinarnej kulturze Islandii zajmują jednak bardzo ważne miejsce, dlatego nie sposób o nich zapomnieć na początku przygody z blogiem o islandzkiej kuchni. Do ástarpungar mam jednak sentyment, ponieważ był to pierwszy tradycyjny wypiek, który kupiłam w dziś już ulubionej piekarni w Akureyri. Otóż… nie powalił mnie, bo czułam sam tłuszcz i spalone rodzynki. Nic dziwnego, skoro powinny być jedzone „na świeżo”, czyli zaraz po usmażeniu i jeszcze ciepłe… Wtedy smakują najlepiej. Ástarpungur to dosłownie „miłosne kulki”. Są to małe, okrągłe pączusie z rodzynkami (podobne do tych z ricotty), których surowe ciasto powinno być odrobinę większe od orzecha włoskiego. Smażone są przez kilka minut w głębokim tłuszczu. Ást po islandzku oznacza miłość. Szkoda, że póki co, nie odwzajemniona. Ich historia na Islandii ma już ponad wiek. Co ciekawe, w trakcie przeczesywania sieci natrafiłam na bardzo interesującą rzecz. Otóż pungur to po islandzku…moszna, czyli męski organ płciowy, skąd prawdopodobnie wzięła się nazwa tego delikwenta. W sumie, gdyby tak się przypatrzeć…

Straciły jednak one na popularności na rzecz kleinur, zdecydowanie bardziej przyjaznych do przechowywania dłużej niż jeden dzień.

20190603_175646
Ástarpungur – miłosna kuleczka

Kleinur to również małe pączki, które kształtem bardzo przypominają polskie chrusty/faworki. Nie są one jednak chrupiące, lecz grube, jak pączki bez nadzienia. Wyrobione ciasto jest następnie rolowane i kleinur wycina się specjalnie zakończonym nożem-kołowrotkiem (czyt. mechanizm noża do pizzy) w romby tudzież kokardki – jak zwał, tak zwał. Następnie brzegi są zawijane do środka (analogicznie jak w chrustach), aby zapobiec sytuacji, w której w środku będą surowe kiedy już będą usmażone od zewnątrz. Podobnie jak ástarpungar, wrzucane są na głęboki tłuszcz i w czasie tych kilku minut smażenia bardzo wyrastają.

20190603_175746
Kleina

20190603_175829
Kleina

Pierwszy przepis na kleinur pojawił się w druku w 1800 roku. Słowu kleina najbliżej do niemieckiego klein, które oznacza po prostu mały. W teraźniejszej formie pochodzą z rejonów północno-zachodniej Europy, szczególnie północnych Niemiec, południowej Szwecji i Danii, gdzie źródła średniowieczne wskazują na to, że to bożonarodzeniowy przysmak. W Norwegii podobny wypiek nazywa się fattingmenn, w USA to słynne donuty. Dzięki temu ostatniemu porównaniu koncept kleinur zapewne będzie Wam bliższy.

Pradawne tropy  wskazują, że coś podobnego do kleinur mogło już być znane przed rokiem 1800, o czym świadczy znaleziony nóż do wycinania ciasta z kości wieloryba. Obecnie jest to „codzienna” przekąska, dostępna zawsze w piekarniach lub supermarketach. Coraz rzadziej są smażone w domach, gdyż aromat tłuszczu może unosić się w powietrzu dłużej niż byśmy tego chcieli…

Kleinur nigdy nie są posypywane cukrem pudrem, najlepsze są jeszcze ciepłe. Większość starych przepisów zawiera kardamon, teraz jest najczęściej zastępowany aromatem waniliowym lub cytrynowym. Nowością jest kleina cała zanurzona w czekoladzie, która, wbrew tradycji i zdrowemu rozsądkowi, chyba mi smakuje bardziej 😉 Można śmiało stwierdzić, że kleinur ma status naszych pączków (choć są zdecydowanie mniejsze), kupowane najczęściej na drugie śniadanie lub podwieczorek i serwowane na przyjęciach obok gofrów jako „must have”, szczególnie wśród starszego pokolenia.

A Wy? Mieliście okazję spróbować kiedyś tradycyjnych islandzkich wypieków?

 

 

 

Mądrość ukryta w czekoladzie – Páskaegg

Okrutna prawda jest taka, że im później w danym roku wypadają święta Wielkanocne, tym większa szansa, że nie pójdę na święconkę w kozakach. Dopiero co otrząsnęłam się po Bożym Narodzeniu, dojadam Milki, przywiezione z Polski, których termin przydatności do spożycia nieuchronnie się zbliża, a islandzkie markety już od początku lutego każą mi kupować czekoladowe jajka! Jaja, właściwie, ze względu na rozmiary, jakie mogą posiadać. Ich historia nie ma w sobie nic romatycznego. Przybyły na wyspę na początku XX wieku i podbiły serca Islandczyków, którzy stworzyli swoją, unikalną wersję.

paskaegg1

Na Islandii nie ma utrwalonych zwyczajów wielkanocnych, oprócz tego jednego. Na każde dziecko w gospodarstwie domowym przypada przynajmniej jedno czekoladowe jajo, których, tak wyglądających, nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie. Pierwsze słowo, jakie przyszło mi na myśl, kiedy po raz pierwszy je zobaczyłam, to kicz i powrót lat dziewięćdzesiątych. Z puchatym, sztucznym kurczaczkiem na czubku i plastikową kwiatową dekoracją na środku. Kupiliśmy z przyjaciółmi jedno z czystej ciekawości. Odkąd jednak przeprowadziłam się na Islandię zaczęłam darzyć je większym szacunkiem, być może właśnie dlatego, że są tak wyjątkowe i traktowane bardzo serio. Pracując na Islandii możecie być niemal na sto procent pewni, że na kilka dni przed świętami wyjdziecie z „małym” prezentem, jakim jest czekoladowe jajo, najczęściej o rozmiarze 4 (około 300 gram dietetycznego zła). Smakowo nie są dla mnie niestety mistrzostwem czekoladowego rzemiosła, islandzkie słodycze są dla mnie za słodkie, po islandzkich ciastach boli mnie szczęka, a cukier skacze jak na trampolinie.

Spytacie: to jaja mają jakiś rozmiar? Mają. Twój stopień zajebistości rośnie wraz z rozmiarem czekoladowego jaja. Najmniejsze jajko mieści się w garści, takie na raz, do kawki. Nie prezentuje się ono jednak tak dobrze jak pozostałe, jest po prostu zawinięte w sreberko, puste w środku. Prawilne jaja zaczynają się od rozmiaru 2 a kończą na rozmiarze XXL, który waży 1350 gram… Co najważniejsze, jajka te ani nie są puste w środku, ani nie wypełnione żadnym kremem, czy czekoladą, ale dodatkową porcją cukierków, drażetek, lukrecji, rodzynek w czekoladzie, żelków… Największą frajdą jest dla mnie zawsze rozbijanie jaja. Szykujemy miskę, i uderzamy w nią jajem, z którego wysypuje się małe co nieco. I tak kończy się Wielki Post, z michą na kolanach i przed telewizorem.  Obywatele spragnieni wrażeń idą na spacer, a żyjący na krawędzi idą pobiegać, nie robiąc co prawda miejsca na serniczek, ale na kolejne paczuszki rodzynków wyjęte z czekoladowej otchłani. Jednakże islandzkie czekoladowe jajka kryją w sobie coś więcej niż „tylko” słodycze. Málsháttur to po polsku przysłowie, powiedzenie. Każde jajko ma w sobie żółty rulonik, na którym jest ono napisane. Pierwszy dzień w pracy po przerwie świątecznej zazwyczaj oznacza pytania o to, jak w tym roku brzmiało nasze powiedzenie i jak odnosi się do naszej życiowej sytuacji. Czekoladowa wróżka nie była dla mnie zbyt przychylnie nastawiona, ale przynajmniej wiem, że muszę być bardziej uważna w życiu, bo „Ci, co dostają najwięcej, nie zawsze dostają najlepiej” i „weseli są Ci, którzy znają smutek”. Tak, dorobiłam się dwóch jajek o łącznej wadze około pół kilograma. Pracuję nad tym.

paskaegg2

paskaegg3

O konserwatyzmie Islandczyków w nawykach dietetycznych już wiecie, dlatego oczywistością jest, że jaja islandzkiej produkcji są najpopularniejsze. Oprócz nich możecie znaleźć w sklepach eksportowane towary wielkanocne, jajka takich marek jak: Lindt, Mars, KitKat, After Eight. Tip od zaawansowanego konsumenta: jeśli Waszym pragnieniem jest tego typu produkt, poczekajcie do Wielkiej Soboty: kupicie go np. w markecie Nettó 50% taniej.

Przepraszam, że ten post, jak i serdecznie życzenia Wielkanocne docierają do Was tak późno, lecz jako bezdzietna Matka Polka narobiłam się przy ciastach prawie puszczając z dymem patelnię jednego dnia, a drugiego piekarnik. Ale leśny mech zrobił szał.

Życzę Wam kochani spokojnych Świąt w gronie najbliższych Wam osób, spacerów między babką a serniczkiem (sklepowy też jest okej, bez ciśnienia), rozmów przy wspólnym stole, ale nie o religii i polityce oraz pogody, ducha też, i nie przejmujcie się jak przyjdzie ochłodzenie, są takie miejsca na świecie gdzie 7 stopni z zachmurzeniami ale bez deszczu i wiatru uznawane są za dobrą świąteczną pogodę na koniec kwietnia 😉 Gleðilega páska!

Międzynarodowy Dzień Gofra

– czyli Alþjóðlegur vöffludagur

O którym zapomniałam. Nawet nie wiedziałam, że istnieje. Wcale mnie to zresztą nie dziwi, skoro mamy Dzień Pizzy, Dzień Czekolady, Dzień Masła Orzechowego, to Dzień Gofra tym bardziej powinien mieć swoje miejsce w tym zacnym gronie. Jednakże historia tego dnia jest zapewne nieco inna niż pozostałych. 25 marca to w tradycji chrześcijańskiej Dzień Zwiastowania Marii Panny – wypada dokładnie 9 miesięcy przed Bożym Narodzeniem. W Szwecji, gdzie zwyczaj jedzenia gofrów znany był już w XV wieku, ten dzień nazywa się  Vårfrudagen, czyli Dzień Naszej Pani. Jak widać od Vårfrudagen do Våffeldagen niedaleko i tak oto 25 marca stał się Międzynarodowym Dniem Gofra. A że wszystko, co skandynawskie nie jest nam obce, na Islandii też przyjął się zwyczaj robienia gofrów. Nie tylko tego dnia. W każdym islandzkim domu jest gofrownica, każda szanująca się kawiarnia ma gofry w swoim menu, każda poważna partia polityczna serwuje vöfflukaffi podczas spotkań z elektoratem gdy wybory nadchodzą wielkimi krokami. Śmiem nawet twierdzić, że w niektórych domach, tak jak w Polsce nie ma niedzieli bez ciasta, tak na Islandii nie ma niedzieli bez gofrów. I to niekoniecznie do popołudniowej kawy, często serwowane są wieczorem lub kiedy do drzwi zapukają niespodziewani goście.

20190324_153453_HDR

Nie wyglądają one jednak identycznie jak te z nadbałtyckiego deptaku. W krajach skandynawskich, tradycyjne gofry są w kształcie serduszek, smażone w okrągłej gofrownicy. Na Islandii bita śmietana i dżem rabarbarowy to klasyk. Vöfflur með rjóma og sultu i koniec dyskusji. Gofry z Nutellą to jakaś profanacja. Gofry z masłem orzechowym i innymi fit substytutami to nie są gofry. Jakkolwiek liberalni w innych sprawach i sferach życia to w temacie gofrów Islandczycy są do bólu konserwatywni. Akceptują ewentualnie dżem jagodowy lub truskawkowy. Inne smaki to już odchył w nieznanym kierunku, gdzie nikt nie chce podążać. A jeśli ktoś chce sobie pofolgować, sos czekoladowy będzie przysłowiową kropką nad i.

Nie uwzględniałam gofrów w weekendowych planach, ponieważ ciasto z rabarbarem (jak dobrze mieć zamrażarkę słusznych rozmiarów) kusiło mnie od sobotniego ranka i oprócz wydłubywania kruszonki z wierzchu (bardzo zły nawyk z dzieciństwa) wykazywałam się anielską cierpliwością do momentu aż nie dowiedziałam się, że 25 marca jest Dzień Gofrów i nie ma opcji pozostawienia tego faktu bez echa na blogu. Z przyjemnością pragnę podzielić się z Wami przepisem, którego baza jest w pewnej bardzo dobrze mi znanej islandzkiej rodzinie od lat. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wprowadziła kilku „modyfikacji”. Oglądając zdjęcia musicie wiedzieć, że tak NIE DO KOŃCA wyglądają tradycyjne islandzkie gofry, to moja wariacja na ich temat. Przepis się zgadza, dodatki już nie w 100%, ale chyba nie wyszły takie złe, prawda? 

20190324_154445_HDRphotoshop

Islandzkie gofry (8 sztuk):

100g maślanki

150g mleka (lub więcej, do uzyskania odpowiedniej konsystencji)

250g mąki (ja użyłam mąki orkiszowej jasnej, w oryginale jest mąka pszenna)

1 jajko

1/4 łyżeczki soli

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki sody

3 łyżki roztopionego masła

1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

Zmiksować wszystkie składniki oprócz masła, które należy dodać na końcu. W razie potrzeby dodajemy mleko, ciasto nie może być za gęste, ale zdecydowanie gęstsze od naleśnikowego. Rozprowadzamy je chochlą na gofrownicy. Im dłużej będziemy je trzymać w gofrownicy, tym bardziej będą chrupiące, stopień wysmażenia zależy również od mocy urządzenia, ja smażę ok. 4 minuty. Podajemy z czym dusza zapragnie. Ja bitą śmietanę zastąpiłam naturalnym skyrem wymieszanym z syropem klonowym. Smacznego!