Londyn

Zrobienie takiego zdjęcia:

fullsizeoutput_38

było moim marzeniem odkąd zaczęłam uczyć się angielskiego w szkole podstawowej. I zawsze było mi nie po drodze, mimo że Londyn jest chyba najłatwiej dostępnym i najtańszym kierunkiem lotniczym na świecie. Odkąd mieszkam na Islandii stał się również punktem przesiadkowym, z którego mam nadzieję skorzystać jeszcze nie raz. Bilety z Keflavíku potrafią być śmiesznie tanie. Dojechać tam jednak z dalekiej Północy – to już odrębna historia…

Tym razem na szczęście, po śniadaniu hotelowym w Bergamo, na późnym obiedzie byliśmy już w Honest Burgers w dzielnicy King’s Cross, czyli brytyjskiej burgerowni. Niech ta nazwa Was nie zmyli. Zdecydowaliśmy się tam wejść tylko dlatego, że moje oczy zaświeciły się na widok wegańskiej opcji. I to nie byle jakiej, bowiem był to Beyond Burger. Jest to roślinny burger, który jest najbliższy mięsnej wersji pod względem gotowania, wyglądu, czy konsystencji, który ma zaspokoić najbardziej wybrednych wegan, bądź ułatwić życie tym początkującym. Nie ma w swoim składzie soi i glutenu. Jedynym minusem jest cena, która w sklepach rozkłada na łopatki. W Honest Burger moja obiadokolacja faktycznie nie była najtańsza, ale za to chyba najlepsza. Był to bowiem genialny kotlet, czułam, że przegryzam mięsiste wołowe włókna. Dodatkowo w środku był wegański ser Gouda, sos chipotle, ogórek kiszony, czerwona cebula, musztarda… I do tego te przyprawione rozmarynem frytki, które były przepyszne! Do picia zamówiliśmy brytyjski bio napój Karma Cola słodzony stewią. Coca cola wzbita na wyższy poziom. Można było wyczuć nutkę cytrynową, wanilię, czy… słód jęczmienny. Bardzo ciekawy smak – serdecznie polecam każdemu spróbować, jeśli będziecie mieli ku temu okazję. Honest Burger to brytyjska sieciówka, która ma ponad 20 lokalizacji, dlatego łatwo będzie ją odnaleźć. Bardzo miła obsługa, radosna atmosfera – Londyn! Takie było moje pierwsze wrażenie.

Untitled design-2
The Honest Burgers

 

Następnego dnia postanowiliśmy zaufać opiniom TripAdvisora i na niedzielne późne śniadanie wybraliśmy się do małej knajpki o nazwie Cappadocia, która było oddalona jedyne kilkaset metrów od naszego hostelu. Pomimo, że miejsce wyglądało niepozornie, musieliśmy czekać kilka minut na stolik. Kuchnia miała pełne ręce roboty! Ceny były bardzo obiecujące, oboje musieliśmy zamówić tradycyjne angielskie śniadanie! Ogromny plus za wegetariańską opcję! Moja warzywna kiełbaska była bardzo dobra. Do śniadania serwowany były również tosty z masłem. Menu jest tak ułożone, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Były opcje wegańskie. Oprócz tostów z dodatkami, czy angielskim śniadaniem, w menu można było znaleźć naleśniki, kanapki czy panini. Szczerze polecamy to miejsce, mam nadzieję, że uda nam się zajrzeć tam jeszcze raz w przyszłości. Wytoczyliśmy się dosłownie z lokalu, gotowi na zwiedzanie Londynu.

fullsizeoutput_2c
Wegetariańska wersja English Breakfast

Jednym z celów na jedzeniowej liście było Deliciously Ella Deli, czyli mała kawiarnia założona przez znaną na całym świecie Ellę Woodward – blogerkę i autorkę kilku książek kulinarnych, w tym najbardziej znanej Smakowita Ella z przepisami kuchni roślinnej. Chciałam zobaczyć, jak bardzo „hype” przekłada się na jakość. Pamiętam, że cenowo nie wyglądało to może najgorzej, ale niestety po mojej porcji wegańskiej szakszuki byłam nadal głodna… Mąż wyszedł na tym lepiej zamawiając bananowe placuszki z jagodami i syropem klonowym. Były bardzo dobre – ocena na bazie czynu „daj gryza”. Zamówiliśmy również po kawałku chlebka bananowego i ciasta z masłem orzechowym, czekoladą i spodem bodajże z daktyli i orzechów. Chlebek bananowy był mocno przeciętny za taką nieprzeciętną cenę (mąż nawet powiedział, że to, które ja piekę jest lepsze, a piekę z przepisu erVegan), moje ciasto było po prostu dobre. Brakowało mi jednak efektu wow. A już napewno mocno się zastanowię, czy odwiedzę to miejsce jeszcze raz, pomimo tego, że koncept tego miejsca jest mi bardzo bliski.

Untitled design-3
Camden Market

Na samo zakończenie naszego pobytu wisienką na torcie była wizyta w Camden Town, na Camden Market. Niesamowite miejsce. Wyluzowana atmosfera, zapachy z każdego zakątka świata. Po krótkim spacerze zdecydowaliśmy się na pitę z falafelem w legendarnym miejscu: Magic Falafel. Falafele były przepyszne! Chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku, dobrze przyprawione i nie przesiąknięte tłuszczem. Po krótkim spacerze przyszedł czas na deser: churros z sosem czekoladowym! Bardzo lubię churrosy. Niestety. Sos czekoladowy nie powalił mnie na kolana, być może dlatego, że był zbyt…mleczny. Jednak jestem fanką gorzkiej czekolady, dlatego ten sos dla mnie smakował jak gęste kakao. Same churrosy były jednak chrupiące i nie było się do czego przyczepić. Jedyne czego żałuję to fakt, że mam tylko jeden żołądek o określonym limicie, portfel z dnem i mało czasu w Londynie na spróbowanie więcej rzeczy…

Untitled design-4
Magic Falafel i churros!

Ogólnie Londyn na początku wzbudził we mnie mieszane uczucia. Tłumy ludzi, śmieci, keep left, mind the gap, gołębie latające zbyt nisko nad głowami… Jednak kiedy wróciliśmy do domu i przejrzałam nasze zdjęcia i przywołałam wspomnienia, zaczęłam tęsknić za tym chaosem, którego rzadko można doświadczyć nawet w islandzkiej stolicy 😉 Cokolwiek by nie powiedzieć o podróżach, zawsze pierwszy skyr po wylądowaniu na wyspie smakuje najlepiej!