Peschiera del Garda i Bergamo

Che bello! Nie mogliśmy tego wykrzyczeć zaraz po wylądowaniu we Włoszech, bo za dnia przywitał nas przystanek autobusowy na lotnisku Orio al Serio w Bergamo, a do Peschiera del Garda dotarliśmy już po zmroku. Wybraliśmy się na krótki spacer przy Jeziorze, którego nie widać (w ciemności), ale przynajmniej zdążyliśmy nabrać ochoty na poweselny detoks – czyli prawdziwą włoską pizzę. W pobliżu, dzięki stronie TripAdvisor, znaleźliśmy bardzo obiecująco wyglądającą restaurację – przede wszystkim dlatego, że miała ogromny ogród i siedzieli w niej chyba tylko miejscowi, a przynajmniej głównie Włosi. Peschiera del Garda to mała miejscowość, jednak bardzo popularna wśród mieszkańców Italii ze względu na swoje położenie nad malowniczym jeziorem Garda. Jakby tego było mało, nasz pobyt przypadł na najbardziej zatłoczony okres w roku, czyli okolice Ferragosto (15 sierpnia), gdzie wszyscy Włosi podróżują. Mieliśmy jednak niebywałe szczęście – autobusy odjeżdżały na czas, zero korków (te widzieliśmy tylko przy wjeździe do Peschiery w autobusie wiozącym nas  z powrotem do Bergamo).

fullsizeoutput_27
Bergamo

Restauracja Le Magnolie, bo o niej zdążyłam już wspomnieć, znajduje się z dala od ścisłego centrum miasteczka, wygląda raczej na osiedlową restaurację, co dodaje jej tylko większego uroku i spokoju. W karcie znajdują się przede wszystkim dania kuchni włoskiej, a przede wszystkim pizza neapolitańska (na cienkim cieście). Jakże zaświeciły się moje oczy na widok tak rozbudowanego pizzowego menu, a jeszcze bardziej na widok Aperol Spritz. Fakt, że akurat ten drink jest moim ulubionym uważam za conajmniej dziwny, ale czasem chyba już tak jest, że sami siebie do końca nie rozumiemy. Dla przypomnienia: Aperol Spritz to drink na bazie prosecco i Aperolu, czyli pomarańczowo-mandarynkowego, bardziej gorzkawego niż słodkiego likieru, który przygotowuje się według zasady 3, 2, 1: 3 części prosecco, 2 części Aperolu i 1 część wody gazowanej. Obowiązkowo z plasterkiem pomarańczy i kostkami lodu. Prosecco uwielbiam, ale gorzki smak pomarańczy jest mi wysoce obojętny. Jednakże w tym boskim połączeniu odnajduję moje własne umami. Aperol Spritz jest serwowany na apertif, obowiązkowo z miseczką czipsów, czasem również z oliwkami.

fullsizeoutput_14
Restauracja Le Magnolie w Peschiera del Garda – żebyście łatwiej trafili 

 

fullsizeoutput_1f
Le Magnolie

Wracając do sedna. Nie mieliśmy problemu z dostaniem stolika, było już dość późno, ale nadal bardzo ciepło, dlatego pizza w ogródku była spełnieniem naszych marzeń. Tak bardzo byłam skupiona na swojej quattro formaggi, że nie pamiętam co zamówił mąż, jeszcze wtedy zapewne z wędliną. Ciasto było przepyszne, cieniutkie, z grubszymi, przypieczonymi brzegami, a dobór serów komponował się wyśmienicie, żaden z nich nie wyróżniał się smakiem i nie zdominował całej pizzy. Ceny były przystępne – jak na Włochy, które generalnie nie należą do najtańszych krajów. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zjedli włoskich lodów na deser, mimo że wyszliśmy z restauracji prawie na kolanach. Mały spacer do centrum miasteczka rozgrzeszył nas z niezachowania umiaru w jedzeniu, ale nie piciu, moim zdaniem, i trafiliśmy do kultowej Gelateria La Romana. Tam zjadłam najlepszą pistację w życiu. Nie przesadzając. Zawsze, kiedy odwiedzam jakąś lodziarnię po raz pierwszy, zamawiam pistację. Jeśli mnie pozytywnie zaskoczy, zakładam w ciemno, pewnie bezpodstawnie, że „tu są pyszne lody”. Kolejnym testem jest czekolada. Tam była również wyśmienita.  Pierwszy wieczór we Włoszech – było aż za dobrze i czekaliśmy na więcej…

Oczywiście nie będę tutaj po kolei wymieniać wszystkich miejsc, w których jedliśmy, niektóre były „po prostu” dobre, bądź nazwy gdzieś nam umknęły. Następnego dnia udaliśmy się stateczkiem wycieczkowym do Sirmione, nad którym góruje zamek rodziny Scaglierich. Tam dopiero poczuliśmy, że jesteśmy we Włoszech podczas szczytu sezonu! Zjedliśmy zdecydowanie NAJWIĘKSZE lody, choć nie były aż tak wyśmienite jak w La Romana (co nie zmienia faktu, że wciąż były warte swojej ceny). Nie pamiętam dokładnie nazwy lodziarni, lecz znajduje się ona naprzeciwko wejścia do zamku. Polecam! Porcje… co najmniej przyzwoite…

fullsizeoutput_1d
Szczęście ma swoją cenę i kosztuje 6 euro. Znajduje się w Sirmione.
fullsizeoutput_21
Aperol Spritz

Wieczór spędziliśmy w bardzo przytulnym barze – oczywiście na zewnątrz. Z tego miejsca mogliśmy obserwować zarówno jezioro, jak i wieczorny, miasteczkowy gwar. Rozmowy, kroki, kostki lodu dźwięczące w kieliszkach, bransoletki uderzające o stoliki, szuranie krzeseł… Wszystkiego doświadczamy podwójnie dzięki aperitivo w kieliszkach.  Mąż, jak na Wikinga przystało, niezmiennie preferuje piwo, a ja… chyba nie muszę się tłumaczyć 😉 Zamówiliśmy do tego również na spółkę piadinę. Piadina to włoski placek przypominający tortillę. W środku jest nadziewany, klasycznie z serem i wędliną. Była bardzo dobra i zaspokoiła mały głód. Na kolację udało mi się spróbować włoskiego klasyku: Penne all’arrabbiata. Tak, kocham makaron. Na deser wybraliśmy się do innej lodziarni, która znajdowała się bardzo blisko La Romany. Nazywała się bodajże La Cremeria. Sorbet czekoladowy, to zaraz po pistacji, mój ulubiony smak lodów, który nie jest spotykany zbyt często. Był gorzki, zarazem bardzo kremowy, mimo, iż był to sorbet i do bólu czekoladowy. Miłośnicy 70% plus, łączcie się!

Kolejne przygody kulinarne czekały na nas już w Bergamo. Jeszcze niedawno Bergamo było traktowane jako brama wjazdowa do Mediolanu. To tutaj lądują samoloty tanich linii lotniczych i w niecałą godzinkę jazdy autobusem możemy znaleźć się w stolicy mody. My nie chcieliśmy spędzić zbyt wiele czasu w środkach transportu, ze względu na ograniczony czas jaki mieliśmy do dyspozycji i postanowiliśmy zostać w nieco spokojniejszym, aczkolwiek nie mniej uroczym Bergamo. Miasto dzieli się na dwie części: Città Alta (położona na wzgórzu i otoczona murami część starożytna) oraz Città Bassa (nowa część).

Koniecznie muszę wspomnieć o dwóch miejscach, które skradły nasze serca i dodały kilogramów podczas wizyty w Bergamo. Drugiego dnia zaplanowaliśmy zwiedzanie Città Alta, gdzie dostaliśmy się kolejką zwaną furnicolare. Ja już wiedziałam, co nas tam czeka. Cukiernia Nessi specjalizuje się w regionalnym przysmaku polenta e osei. Jest to okrągłe ciastko z zewnątrz przypominające biszkopt, w środku nadziewane kremem gianduja, likierem maraschino i udekorowane masą migdałowo-czekoladową. Ach, to wspomnienie kryształków cukru trzeszczących w zębach, w których zatapiał się mięciutki biszkopt! Poziom słodkości zdecydowanie mieści się w kategorii islandzkiej, chętnie przeżyję to jeszcze raz, ten smak nie przypominał mi niczego, co już znam, był wyjątkowy!

fullsizeoutput_23
Nessi w Bergamo

Nie wybraliśmy się w tą podróż kompletnie nieprzygotowani, żeby nie było. Trip Advisor rozgrzewał się do czerwoności, szczególnie jeśli chodzi o najlepszą pizzę w Bergamo. Tutaj sugerowaliśmy się nie rankingiem, lecz liczbą znakomitych recenzji, ceną i…zdjęciami pizzy. Zdecydowanie NIE odległością od naszego hotelu… Postanowiliśmy, że pójdziemy pieszo (Google Maps pokazało 40min pieszo) dając czas żołądkowi na przyjęcie jednej z najlepszych pizzy w Bergamo. Był to nasz ostatni wieczór w Italii, chcieliśmy zakończyć go po prostu randką, mąż nawet założył koszulę! Im dalej szliśmy, tym więcej mieliśmy wątpliwości, bo zdecydowanie oddalaliśmy się od centrum wkraczając na przedmieścia. Było nadal gorąco, my już mieliśmy w nogach ok. 15 km, ale dobrze zaopatrzeni w wodę, dzielnie kontynuowaliśmy. Kiedy dotarliśmy na Via Papa Leone XIII ledwo zauważyliśmy małe wejście do lokalu, właściwie do piwnicy, który okazał się głównie pizzą na wynos, z samymi lokalsami, moja pierwsza myśl była: „no tutaj to wina nie dostanę…” Jak się potem okazało, do tej pizzy nie pije się wina, ale zimne piwo, najlepiej jasne, choć może nie 9%, czego nie zauważyłam na butelce… Było tam czuć domową kuchnię i tam dopiero zaczęłam wdychać prawdziwie włoską atmosferę: wszyscy się znali, wymieniali uściski dłoni, pozdrawiali się wesoło żegnając się Ciao! z wielkim pudłem na wynos w ręce… Te zapachy, uśmiechy załogi, żarty, duchota panująca w tym miejscu wzbudziły we mnie przekonanie, że ja chcę zjeść pizzę właśnie stąd, z Pizzerii Alta del Luca na przedmieściach Bergamo, nawet jeśli będzie to na chodniku. Na szczęście były tam dosłownie 2 stoliki i kilka miejsc barowych przy ścianie. Ta pizza jednak była inna niż tradycyjna włoska pizza. Sprzedawana „in teglia”, czyli na kawałki. Jednakże te kawałki były rozmiaru połowy dużej pizzy… Królowało tutaj grube ciasto. Tylko takie może udźwignąć ciężar mozzarelli i reszty dodatków… Za 3,50 euro mogliście znaleźć się w serowym raju. Po krótkiej i serdecznej rozmowie z obsługą (mina pracownika wyrażała tylko jedno: „z Islandii? Tutaj?”) wybraliśmy nasze smaki. Lista jest bardzo długa i jestem pewna, że każdy może tutaj znaleźć coś dla siebie. Gdy nasza kolacja była już gotowa, okazało się, że dostaliśmy w gratisie po połowie innego kawałka, co było bardzo miłe ze strony obsługi, lecz zdecydowanie cięższe dla naszego układu trawiennego. Ilość sera była nieprzyzwoita. I był on nieprzyzwoicie dobry… Mimo grubego ciasta, nie było ono w ogóle suche, brzegi były mięciutkie, daleko mu było do pizzoplacka, który w smaku przypomina chleb. Zapewne była to „wina” dodatków – na tych się nie oszczędza. Na samo wspomnienie o tej pizzy wpisuję Bergamo na listę miejsc do odwiedzenia w przyszłości jeszcze raz. Nie chciałam, żeby ten moment się kończył. Śmialiśmy się, jak zmienił się nasz nastrój: z niepewnych min w progu, do błogiej i niczym niezmąconej radości z jedzenia. Jaka szkoda, że nasze żołądki już nie mogły więcej! Nawet droga powrotna nie była nam straszna. Bo robiliśmy miejsce na ostatnie lody we Włoszech…

fullsizeoutput_25
#foodporn to za mało, żeby to opisać. Tak trzeba żyć. 

Jakie macie doświadczenia z włoską kuchnią? Jesteście bardziej team pasta, czy pizza? 🙂  Odwiedziliście któreś z opisanych przeze mnie miejsc? Może macie inne rekomendacje? Dajcie znać, czy podobają Wam się takie małe skoki w bok, w końcu nie samym skyrem człowiek żyje 😉